Reportaż

Bhrugu Aranya: świat stworzony przez człowieka – reportaż Martyny Wojtkowskiej

Tekst znalazł się w finale Nagrody Dziennikarskiej im. Zygmunta Moszkowicza „Człowiek z pasją”. 

Na początku było pytanie, kiedy mam okres. Bo lepiej, żebym nie przyjeżdżała w te dni. Jak to? Uzgodniłyśmy przecież termin, wzięłam tydzień wolnego w pracy i przed wyjazdem dzwonię dopytać, co powinnam ze sobą zabrać. Spakować: kalosze, ciuchy robocze. Nie przywozić: mięsa, jajek, papierosów, alkoholu, narkotyków, okresu. 

I

Kilka minut przed 20.01. Na poddaszu drewnianej chatki Yorick otwiera drewnianą walizeczkę i wykłada z niej przedmioty na stolik. Odwrócona miedziana piramida ze ściętym czubem, łyżeczka z nienaturalnie rozciągniętą rączką, mały słoik z ziarenkami ryżu i większy z żółtą masą przypominającą miód. Srebrnowłosy mężczyzna w skupieniu łamie na mniejsze kawałki coś, co wygląda jak zużyta dykta i za pomocą smukłej łyżeczki smaruje każdy skrawek gęstą mazią. Obok skrzyneczki leży smartfon, aplikacja odmierza czas. Do 20.01 jeszcze trzy minuty i jedenaście sekund. 

– GPS lokalizuje moje położenie i precyzyjnie wyznacza moment wschodu i zachodu słońca – tłumaczy Yorick. – Wtedy ogień musi się już palić, a ja muszę uchwycić ten moment, bo kiedy słońce jest równolegle z Ziemią, otwiera się przestrzeń międzyplanetarna i dociera do nas niesamowita energia. Dokładnie w tej sekundzie zaczynam śpiewać mantrę. Ale najpierw przygotowuję wszystko: smaruję klarowanym masłem trzy kawałki suszonego krowiego nawozu, układam je w piramidce i wybieram nieukruszone ziarenka brązowego ryżu, które będę dorzucał do ognia.

 Dwie minuty do 20.01. Yorick rozpala ogień. Pierwszy raz widział to w 1974 roku w Indiach. W aśramie przyglądał się, jak Vasant Paranjpe podpala stosik w miedzianej piramidce. Nie wyjaśniał mu, o co w tym chodzi. Powiedział tylko: „Rób, i sam zrozumiesz po co”. Więc robi codziennie, o wchodzie i zachodzie słońca, od ponad 30 lat. – Agnihotra dzieli moje życie na dwie części: przed i po. Zanim zacząłem palić ognie, moje życie było jak ferris wheel, raz góra, raz dół. 

Gdy był mały, matka co jakiś czas zostawiała go w domu dziecka. – To jedyny czas, kiedy w moim dzieciństwie było super. Jak mieszkaliśmy razem, trzymała mnie pod kluczem. Czasem zachowywała się jak szalona. Biła, krzyczała. Mały chłopiec nie wie, co to schizofrenia. 

Kiedy miał piętnaście lat, od dziadka nauczył się pić. Potem awansował – narkotyki i kilka lat na diabelskim młynie. – Ćpanie sprawiało, że byłem na górze. Potem dół, więc znowu sięgałem po narkotyki. I tak w kółko. Przeżywałem fantazję jak coś prawdziwego. Tylko niestety fantazja trwała krótko. A zetknięcie z ziemią za każdym razem było mizerne i okrutne. Bałem się. Nienawidziłem.

Jako 22-latek pojechał do Indii, bo tam młodzi hippisi, których znał, szukali uzdrowienia. Znalazł agnihotrę. – To tak, jakby po latach picia ze ścieku ktoś nareszcie poczęstował cię herbatą. 

20.01. Z telefonu wydobywa się śpiew, Yorick przyłącza się: „agnaye swáhá, agnaye idam na mama prajápataye swáhá, prajápataye idam na mama”. Po pierwszym i po drugim „swáhá” dorzuca do ognia po kilka ziarenek ryżu. – Teraz działa agnihotra – mówi. – Gdybym zaczął trzy minuty wcześniej, albo trzy minuty za późno, wtedy nie byłoby żadnego oddziaływania na środowisko. Energia by przyszła i sobie poszła. Atmosfera byłaby nieuleczona. 

 O oczyszczaniu ogniem, subtelnych energiach nie uczyli mnie ani na fizyce, ani na geografii. Na wykładach z psychologii profesorowie nie wspomnieli o tym, że jest coś takiego jak agnihotra, która likwiduje napięcia i uspokaja umysł. Yorick wyczuwa mój sceptycyzm. – Ty nic nie rozumiesz! – Ale nie odpuszcza. Z jeszcze większym zaangażowaniem gestykuluje i tłumaczy, czym są kosmiczna energia, wibracje, atmosferyczny rezonans. – Ludzie Zachodu muszą główkować. Jest przyczyna, to musi być skutek. Ale agnihotra tak nie działa. Musisz ją poczuć.

Kiedy idę w dół zboczem do przyczepy kempingowej, tymczasowego domku dla wolontariuszy, jak człowiek Zachodu – główkuję. Ale gdy tylko wchodzę pod kołdrę, ustawiam budzik i od razu zasypiam. Kolejna agnihotra o wschodzie, 5.13. 

I tak upłynął mój pierwszy wieczór w ekowiosce Bhrugu Aranya.

II

Niebo szarobure. Od rana pada, temperatura bliska zera. Chłód przenika przez trzy warstwy ubrania, a dłonie grabieją w roboczych rękawicach. Zamiast w ogrodzie, pod gołym niebem, pracujemy w foliowym tunelu. Tutaj jest trochę cieplej. Jason, wolontariusz z Anglii, dzieli obowiązki. On forkuje, czyli widłami zrusza ziemię. Ja wyrywam chwasty, układamna plastikowe tacki, a kiedy te się napełnią – zrzucam ziele na górę z kompostem. Mam uważać na korzenie, żeby wyszły w całości, a w ziemi nie zostały pojedyncze nitki. Jason wyciąga z ziemi kępę trawy i pokazuje gęstą sieć korzeni zlepioną w ciężką grudę. – Takie coś musisz starannie otrzepać, żeby na grządce zostało jak najwięcej ziemi.        

Pracujemy w różnym tempie. Ja powoli, w skupieniu. Jason dynamicznie i często robi przerwy. Wtedy opiera się o trzonek wideł i zagaduje.

– Trafiłem tu przez portal Workaway. Wybierasz kontynent, kraj i wyskakuje ci mnóstwo kierunków, w które możesz się wybrać jako wolontariusz. Jakimś trafem wpadłem na ogłoszenie: „Szukamy silnych mężczyzn do budowy centrum edukacyjnego w ekowiosce”. Nie zastanawiałem się długo. Poczułem się jak mały dzieciak, który rusza w nieznane. Robiłem to, co w Anglii, ale w Bhrugu Aranya nikt mi za to nie płacił. Po raz pierwszy czułem, że wkładam całą swoją miłość w robotę. Skończyliśmy po pięciu tygodniach. Potem pojechałem do Izraela, Portugalii. Planowałem Szwecję, ale zadzwonił Rory z pytaniem, czy znowu bym nie przyjechał do ekowioski. Czemu nie, biorę, co mi życie przynosi.

Podczas pracy nie wybiegam daleko myślami. Klęczę na grządce i grzebię w ziemi. Trawy w zwartych kępach mają ciężkie korzenie, ale nie sięgają głęboko. Żeby je wydobyć na powierzchnię, wystarczy na kilka centymetrów zanurzyć widły w ziemię. Trudno jednak oderwać taki płat w całości. Rwie się. Podważam go stopniowo, kawałek po kawałku. 

 – W Anglii pracowałem jako pomocnik murarza. Nosiłem cegły, z których potem ktoś inny układał kolejne warstwy. Pobudka o piątej rano, owsianka na śniadanie. Zaczynamy o 7.30, przerwa o dziesiątej, kolejna o trzynastej. Kończymy o 16.30. Prysznic, kolacja, telewizor. I tak sześć, czasami siedem dni w tygodniu. Buduję domy dla innych, ale nie chcę mieć własnego. Na stałe mam przyczepę kempingową zaparkowaną na podjeździe matki moich dzieci. Kiedy się rozstaliśmy, podjąłem decyzję, że ruszam w świat. W wieku 48 lat rozpoczął się nowy etap mojego życia. 

 Opowieść Jasona przerywa telefon. Mamy przyjść do domu Yoricka na zupę jarzynową. Każdego dnia ktoś inny przygotowuje lunch, który dostajemy w ramach wynagrodzenia za wykonaną pracę. Po godzinnej przerwie wracamy do roboty. 

Niektóre trawy rosną w pojedynczych pękach i wyglądają jak zielone kucyki. Ich odosobnienie jest pozorne, jedynie na powierzchni. Pod ziemią rozciągają długie korzenie i splatają się ze sobą. Niby osobno, ale jednak w grupie. Lekko wychodzą z ziemi. Wystarczy, że odpowiednio chwycę je palcami przy powierzchni. 

 – Mam syna i córkę, szesnaście i siedemnaście lat. Kiedy pojawili się na świecie, przestałem podróżować. Zająłem się zarabianiem i wychowywaniem. Teraz dzwonimy do siebie, wysyłam im pieniądze. Zdziwili się, kiedy powiedziałem, że zostałem wegetarianinem, ale nie wiem, co myślą o tych podróżach. 

Z wyrwanymi korzeniami wychodzą robaki. Dżdżownice, pędraki skulone jak krewetki; czerwone, brunatne, granatowoczarne, o lśniącym pancerzu.

 – Oczywiście, tęsknię za nimi, ale nie chcę siedzieć w mieszkaniu, patrzeć na drzwi i czekać, aż przyjdą… Wolę być kolorowym motylem, który lata po świecie, pomaga ludziom, niż zaszyć się w ciasnej norze i być bezużytecznym.

 W ciągu siedmiu godzin przygotowaliśmy do zasadzenia cztery grządki. Już niedługo będą tu rosły marchewki, sałata i pomidory. Nie sprawdzę, jak smakują, bo za kilka dni wyjeżdżam. O siedemnastej kończymy pracę. Opłukuję widły i grabie pod hydrantem z lodowatą wodą, oskubuję z gliny rękawice. Zostawiam narzędzia w drewnianej szopie. Niech czekają, do jutra. 

Tak upłynął dzień drugi.

III 

Jak co tydzień kobiety z Bhrugu Aranya zgromadziły się na poddaszu u Parvati. Wczoraj była w zieleni, pełna energii, a przedwczoraj – cała na niebiesko i jakby zmęczona. Dziś ma dzień fioletowy – wygląda dostojnie i tajemniczo. Fioletowy sweter, fioletowe legginsy, fioletowe oczka w biżuterii i fioletowa spinka we włosach. 

Na stoliku talia kart z ziołowymi oznaczeniami, drewniane pudełko z suszem, imbryk i filiżanki. Wyciągam kartę i czytam opis – „przywrotnik wspiera nas podczas życiowych zmian, pozwala uwolnić się od więzów przeszłości”. Suszoną roślinę dorzucam do imbryka. Każda kobieta w kręgu robi podobnie – losuje kartę i dodaje swój składnik. Gdy całość się zaparzy, pijemy herbatę.

Na kolanach Parvati umościł się kocur. W tle rozmów słychać ciche mruczenie. Kobieta gładzi zwierzę po grzbiecie, kot mruży oczy. Parvati też co jakiś czas przymyka powieki. W 1992 roku przyśniła się jej Matka Boska. Powiedziała, że pojedzie do Ameryki Południowej, a potem do Europy, do kraju, w którym będzie uczyła jogi i medytacji. Mieszkała wtedy w Stanach i nie znała ludzi z odległych części świata. Ale od zawsze ufała snom. Ten zmienił jej życie. Najpierw przyszło zaproszenie z Chile, a potem faks od Yoricka. W treści „zapraszamy do Europy”. Dała ogłoszenie w gazecie, wystawiła przed dom napis „yard sale” i sprzedała prawie cały swój dobytek. Nie był to młodzieńczy zryw. Była już wtedy spełnioną zawodowo kobietą po czterdziestce, po rozwodzie, z dzieckiem. 

Przyjęła zaproszenie Yoricka, bo ze snu wiedziała, że właśnie tak ma być. Przyjeżdżała kilka razy, a w 1994 roku została na stałe, z synkiem Jacobem. Rok później poślubiła Yoricka w domu, w którym teraz pijemy ziołową herbatę. Wtedy nie mieli bieżącej wody ani elektryczności. Były za to stary drewniany dom, dziki las i dobre przeczucie. Parvati i Yorick wybrali ten kawałek ziemi na uboczu, w górach. Obecni mieszkańcy ekowioski mówią, że są parą pionierów, rdzeniem. Nie znali się na uprawie roślin, hodowli zwierząt. Pomagali im sąsiedzi – miejscowi rolnicy. Parvati chodziła na spacery ze starszą kobietą, która znała się na ziołach. Mówiła, co jest dobre na skórę, kości, płuca. Opowiadała, chociaż nie znały swoich języków. Teraz ludzie z okolicy różnie do nich podchodzą. Są podejrzliwi, bo ci z ekowioski nie chodzą do kościoła. Poszła plotka, że Bhrugu Aranya to jakaś sekta. Ale przecież nie odgradzają się murami, jeśli ktoś chce, może zajrzeć. Sąsiedzi nie włączają się w życie wspólnoty, ale jak trzeba pomóc, pomogą. Kiedy nikt z ekowioski nie mógł wydoić krowy, przyszła sąsiadka i zajęła się zwierzęciem. Jakoś wrośli w ten krajobraz. 

Siedzimy w kręgu i rysujemy mandale. Parvati tłumaczy: – Mandale są zwierciadłami duszy, wyrazem danego momentu w życiu. Niektóre rysuję pięć godzin, inne pięć minut. Nie potrafię rysować z doskoku. Muszę siąść i narysować od początku do końca.

Parvati pokazuje kolorowe rysunki zawieszone na ścianie. Miłość. Bezpieczeństwo. Pokój. Otwarte serce. Nie wszystkie mandale oprawia w ramki. Część z nich, te smutniejsze, chowa do szuflady.

Do swojej przyczepy wracam okrężną drogą. Przechodzę obok oczka wodnego z tabliczką „Mary’s Pond”. Pod drzewem stoi figurka Matki Boskiej. Ustawiona w donicy wygląda, jakby wyrastała z ziemi. To pewnie pomysł Parvati. Uwielbia Marię, chociaż ani ona, ani nikt inny z ekowioski nie wiąże się z jedną religią. – Wierzymy, że jest jakaś wyższa siła i że Bóg jest namalowany w różnych strojach – usłyszę podczas jednego z lunchów.

Nie kładę się od razu spać. Przy herbacie jeszcze główkuję.

Tak upłynął wieczór trzeci. 

IV

– Zobacz, wystarczy odsłonić jedną trzecią płachty i wpada wystarczająca ilość światła, żeby rozjaśnić całe pomieszczenie. A nadal jest ciepło. – Jan pokazuje kopułę jurty. Mieszka w niej od kilku tygodni. Wnętrze przytulnego mieszkania wygląda jak tarcza wielkiego zegara. Na dwunastej stoi łóżko, na trzeciej wanna, na szóstej jest wejście, na dziewiątej znajdują się komputer i skaner. 

Jurtę budował na podstawie filmików z internetu. Postawił drewnianą platformę, złożył ażurową konstrukcję ściany, zrobił izolację z owczej wełny. Całość oplata trzysta metrów liny. – W pewnym sensie to jak składanie mebla z Ikei. Idziesz za instrukcją krok po kroku i masz dom, bez kredytu na czterdzieści lat. 

Jan pochodzi z Czech. Ma 33 lata, a przez ostatnie osiem jeździł po świecie i szukał dla siebie miejsca. Mówi, że znalazł je tutaj. – Próbowałem zamieszkać w Czechach, kupiłem nawet ziemię. Chciałem stworzyć taką własną małą bańkę. Żyć inaczej niż otoczenie, na swoich zasadach. Ale kiedy przyjechałem do Bhrugu Aranya na warsztaty z konstrukcji domów ekologicznych, przekonałem się, że mogę dzielić tę bańkę z innymi. Po dwóch tygodniach wolontariatu postanowiłem, że wrócę tu na stałe. 

Jak każdy członek wspólnoty, kupił własny kawałek ziemi przylegający do pozostałych działek i na nim postawił swój dom. Kilka godzin pracuje na rzecz wioski, a kilka dla siebie. Wszyscy muszą tutaj mieć niezależne źródło dochodu. – W XXI wieku chyba nie da się żyć bez pieniędzy. Wszystko kosztuje, ale na prowincji wydatki są mniejsze. I mniej muszę pracować. 

Członkowie wspólnoty zarabiają, nie wyjeżdżając poza ekowioskę. Parvati udziela zdalnie porad duchowych, Yorick sprzedaje przez internet akcesoria do agnihotry, a Jan jest architektem i projektuje dla klientów z Nowej Zelandii. W jurcie ma wszystko, czego potrzebuje do pracy, czyli komputer i łącze z internetem. 

Dawniej marzył, że kiedy skończy studia, zajmie się architekturą wieżowców. Będzie robił wielkie projekty i zarabiał wielkie pieniądze. Przez chwilę nawet tak było. Pracował w dużym mieście za biurkiem po dwanaście godzin dziennie. – Moje ciało tego nie lubiło. Chorowałem, nie czułem się szczęśliwy. Miałem projekty, pieniądze, ale to nie byłem ja. 

W ekowiosce wszystko sobie poukładał, ale martwi się o przyszłość. Jak to będzie, kiedy zostanie ojcem? – Według standardów społecznych dzieci wychowuje się w bloku, na osiedlu domków jednorodzinnych, nie w jurcie. Tyle mówi się o urzędnikach, którzy zabierają dzieci. A jeśli któryś uzna, że jurta to nieodpowiednie miejsce dla malucha?

Jan przemyślał już temat wychowania. Jego dziecko będzie chodziło do przedszkola, bo musi mieć kontakt z rówieśnikami. Będzie uczyło się z książek, nawet jeśli część przekazywanej w nich wiedzy uznaje za bullshit. Jeśli pewnego dnia powie mu, że chce pojechać do Paryża na wycieczkę, postara się je tam zabrać, a jeśli postanowi wrócić do miasta i żyć życiem, z którego on zrezygnował – droga wolna, tak przecież postępują dzieci. 

Po wieczornej agnihotrze znowu główkuję w przyczepie. Jak bardzo powinniśmy przywiązywać się do tego, co mówią podręczniki? Kiedy chodziłam do szkoły, Pluton był jeszcze ostatnią planetą w Układzie Słonecznym.

Tak upłynął wieczór czwarty. 

Ulewa. Zamiast pracować w ogrodzie, dostaję teksty do tłumaczenia, z angielskiego na polski. Artykuły mówią o badaniach nad właściwościami agnihotry – agnihotra i radioaktywność, wpływ agnihotry na glebę, oczyszczanie wody agnihotrą. Mało w nich liczb, wieloletnich pomiarów w kontrolowanych warunkach, naukowej metodologii. Większość to po prostu pojedyncze relacje. Na przykład Karin z Austrii wspomina, jak po katastrofie w Czarnobylu rządowi naukowcy przyjechali zbadać paszę i mleko pod kątem radioaktywności. U niej wyniki były w normie, a u sąsiadów  kilkukrotnie ją przekraczały. Dobroczynne działanie przypisuje agnihotrze. Agnihotra przywraca odpowiednie pH glebie. Agnihotra oczyszcza wodę z bakterii Escherichia coli

Zgodnie z codzienną rutyną o dziesiątej spotykamy się w shali na medytacji. To mała chatka, która przypomina domek na drzewie. Ogień rozpala Rory. On na własne oczy zobaczył, jak agnihotra uzdrawia naturę, i to przekonało go do własnej praktyki. Mieszkał wtedy w Peru. Na plantacjach, od Panamy do Boliwii, czarna sigatoka zaatakowała bananowce. Rolnicy walczyli z nią na różne sposoby. Stosowali chemię, wypalanie. Nic nie przynosiło efektu, choroba rozprzestrzeniała się dalej. Dopiero agnihotra pomogła. W ciągu kilku miesięcy plantacja się odrodziła. Rory nie potrafi wytłumaczyć, jaki proces za tym stoi. – Ja to po prostu czuję.  

Nie mamy twardej wiedzy, a zachodni umysł chce takiego wyjaśnienia.
W Ameryce Południowej ludzie po prostu coś robią, bo widzą rezultaty. Nie zastanawiają się, co za tym stoi. 

Rory pali ognie od 16 lutego 1999 roku, każdego dnia, o wschodzie i zachodzie. Zdarzyło się, że palił w pociągu, w toalecie, kilka razy na Machu Picchu. Kiedy odkrył agnihotrę dla siebie, chciał się nią dzielić ze wszystkimi. – Szybko zrozumiałem, że nie mogę prawić kazań. Zdarza się, że w rozmowie wspomnę o agnihotrze. Kiedy ktoś się zainteresuje, to mu tłumaczę. Jeśli nie, nie narzucam się z tą wiedzą.

Agnihotra, oprócz bananowców, uleczyła także Rory’ego.  Ojciec był alkoholikiem, rodzice rozwiedli się, kiedy miałem trzynaście lat. Sam zacząłem pić alkohol, żeby zagłuszyć świat, który mi się nie podobał. Ta złość manifestowała się w autodestrukcji. W pewnym momencie zauważyłem, że poruszam się po orbicie. Praca, impreza, picie, znowu praca. Nie szedłem w żadnym kierunku. Chciałem połączenia z czymś większym, z wyższym bytem, Bogiem, nazywaj to, jak chcesz. Agnihotra uporządkowała moje życie. 

 W ekowiosce Rory opiekuje się pszczołami. Jest samoukiem. Mówi, że to, jak pszczelarz traktuje owady, wyraża jego podejście do życia. On przede wszystkim stara się nie ranić. Nie używa środków chemicznych. Bierze tyle miodu, ile potrzebuje, a resztę zostawia pszczołom. Nie oszukuje ich posłodzoną wodą. Nie zabija królowej każdego roku. Cały czas uczy się, obserwuje. 

– Wcale nie jest tak, że to królowa podejmuje decyzję. Pszczoły grupowo rozstrzygają, kiedy się roić, kiedy zastąpić królową. Ale to matka określa temperament pszczelej rodziny. Od niej zależy, czy są silne, zdrowe, pracowite. Mogą ci się trafić zrzędliwe pszczoły, defensywne, ale też spokojne, delikatne. Są pszczoły, które zachowują się, jakby były na wakacjach. Nie robią za wiele. Moje na początku były bardzo marudne. Prawdopodobnie trafiły mi się rosyjskie hybrydy, primorskie skrzyżowane z innymi. Takie potrafią być agresywne. Zajęło mi ze trzy lata, żeby je uspokoić. Teraz nie muszę zakładać do nich nawet rękawiczek. Zakładam welon, na wszelki wypadek. 

 Kończymy rozmowę, kiedy Rory musi wyjechać do szkoły po dzieci. Ja wracam do tłumaczenia: „kiedy do ziemi dodasz popiół z agnihotry, zwiększa się jej zdolność do zatrzymywania wody, znika zasolenie, dżdżownice mnożą się w szybszym tempie”. Główkuję.

I tak upłynął wieczór i poranek – dzień piąty.

VI

– Przyjeżdżam do Bhrugu Aranya raz do roku, na miesiąc, kiedy w Indiach nie da się już oddychać – opowiada Karin nad talerzem dalu z soczewicy. Jemy lunch w przerwie od pracy. Dzisiaj akurat w jej domu. – Ostatnio mój pobyt trochę się przedłużył. Zastanawiam się nad kupnem ziemi w ekowiosce, bo coraz częściej myślę o tym, jaka będzie moja przyszłość. Mogę zamieszkać gdzieś samotnie, ale chyba lepiej, żebym dołączyła do ludzi, mieszkała we wspólnocie. Tutaj czuję się jak w dużej rodzinie.

 Karin ma 59 lat i mimo że od ponad 30 nie mieszka w Austrii, w jej akcencie nadal słychać twarde „r”. To chyba jedyna pozostałość po kraju pochodzenia. Ma ciemne, długie włosy i ufne orzechowe oczy. Choć siedzimy w ciepłej kuchni, opatuliła się w dwa grube swetry.

 Rodzice chcieli, żeby została stenotypistką. W szkole godzinami wklepywała na maszynie opowiadania dyktowane przez nauczycielkę. Każde zdanie zapisywała dwa razy. Za pierwszym razem można było patrzeć na klawiaturę. Przy drugim powtórzeniu trzeba było przewiązać opaską oczy. Ale Karin zawsze bardziej niż postępy w pisaniu interesowało to, co za oknem. Chciała pracować blisko natury. – Jeśli uważnie słuchasz natury, możesz się z niej dużo nauczyć. Natura uczy pokory, tego, że jest jakaś wyższa siła, której ludzie nie są w stanie kontrolować. Jeśli nie przeszkadzamy, wszystko układa się w harmonii. 

 Za swoim marzeniem wyjechała do Indii. Miała wtedy 27 lat, jej córka – sześć, a syn – roczek. Razem palili agnihotrę. Dzisiaj palą osobno – ona w Bhrugu Aranya, syn w Indore, a córka w Heidelbergu. 

W wyprowadzce do Azji najtrudniejsze dla Karin było rozstanie z ojcem. Nigdy nie zaakceptował drogi, którą wybrała. Nawet kiedy odwiedził w Indiach córkę i wnuki, mówił, że nadal nie rozumie. – Ta utrata bliskości boli do dzisiaj, ale cieszy mnie to, że przynajmniej podobało mu się to, co robiłam dla ludzi. Był dentystą i dobrym człowiekiem. Ale nie przyjmował, że intelekt nie zawsze jest najlepszym narzędziem do zrozumienia świata.

W ekowiosce Karin pracuje w suszarni. Jest odpowiedzialna za obróbkę krowiego nawozu do agnihotry. Część jest przeznaczona na użytek ekowioski, a resztę sprzedają ludziom z całej Europy. Dwa razy dziennie zbiera z pastwiska odchody. Rano, kiedy krowy się pasą, i jeszcze raz po południu. Potem przerzuca zawartość wiadra do większego zbiornika, rozrabia z wodą specjalnym mieszadłem, aż powstanie plastyczna masa. Przekłada ją do ramek, wyrównuje powierzchnię i układa na półkach do wyschnięcia. Przygotowanie jednej partii zajmuje jej zazwyczaj trzy dni. Nawóz śmierdzi tylko w pierwszej fazie obróbki. Jeszcze podczas mieszania z wodą wydziela się specyficzny zapach, ale potem już nic nie czuć. Karin zauważyła, że to zależy od tego, co jedzą krowy. Kiedy pasą się na zewnątrz, smród nie jest aż tak drażniący. Zimą, kiedy przebywają w stodole, a obornik jest suchy i trudny do zmieszania z wodą, bywa nie do zniesienia. – Ale przyzwyczaiłam się. Cieszę się, że nasze krowy są wolne, nic ich nie niepokoi, jedzą organicznie. Pewnie lepiej niż wielu ludzi. 

Kiedy Karin w suszarni wypełnia ramki świeżym nawozem, z Jasonem przygotowujemy grządki, tym razem w ogrodzie. Mieszkańcy nazwali go ogrodem mandali, bo grządki układają się  na planie koła, w którego środku jest niewielkie oczko z wodą. Nareszcie wyszło słońce. Pracujemy jak w tunelu – Jason forkuje, a ja wyrywam chwasty. Najwięcej problemów mam z gwiazdnicą. Jest jak dywan rozłożony na ziemi, płoży się i obleka grządkę niczym pajęczyna. Trudno wyczuć miejsce, z którego wyrasta korzeń. Jest delikatny, nie trzeba się z nim siłować, ale kłopot polega na tym, żeby pociągnąć w odpowiednim miejscu. Kiedy wybieram źle – rozszarpuję wątłe nitki gwiazdnicy i rozwlekam tak, że część korzeni kryje się znowu pod ziemią.

I tak upłynął wieczór i poranek – dzień szósty.

VII

Niedziela to dzień odpoczynku. Mieszkańcy spotykają się na wspólnym posiłku, mówią na niego potluck lunch. Ktoś przynosi sałatkę, kto inny ryż, tofu, ciasto. Przy stole siedzą jak rodzina. Dla niektórych pierwsza prawdziwa. Kiedy mieszkanka ekowioski rodzi dziecko, wszyscy jadą do szpitala w odwiedziny, kiedy ktoś zachoruje – kto inny ugotuje mu zupę. Pochodzą z różnych miejsc, ale wyznają te same wartości. Wegetarianizm, niekrzywdzenie ludzi, zwierząt, troska o naturę, no i najważniejsze – agnihotra. 

– To coś, co nas wszystkich spaja. I myślę, że to jest droga przyszłości. Miasta stają się nie do zniesienia, a ludzie będą szukali bezpiecznego środowiska. Takiego, w którym mogliby bezpiecznie wzrastać – snuje wizje Parvati. 

Asia częstuje zupą z pokrzywy, którą godzinę wcześniej zerwała w ogrodzie mandali. To ona pytała o okres, jeszcze przed moim przyjazdem. – To niewygodne dla obu stron. Dla mnie, bo nie chcę wprawiać w zakłopotanie. Teraz dużo kobiet ma nieregularny okres. Wiem, bo zawsze muszę pytać. Jeśli się w to zagłębisz, zobaczysz, że we wszystkich kulturach miesiączka to specyficzny czas. Kiedyś kobiety wycofywały się z codziennej aktywności. Nie piekły chleba, nie kisiły kapusty, nie pracowały w ogrodzie. To czas, kiedy jesteś inna energetycznie, zmienia się twoje ciało, emocje. Gościom mówimy, żeby wtedy nie przyjeżdżali, bo są tu po to, żeby doświadczyć ogni, a podczas okresu twoja energia zaburza działanie agnihotry. Kobieta powinna się oczyścić z toksyn, odpocząć. Ja wiem, co mogę robić, a czego nie, ale kobietom, które przyjeżdżają do nas na chwilę, trudno to wszystko wytłumaczyć i wymagać od nich, żeby przestrzegały zasad. 

Kiedy Asia pierwszy raz przyjechała do ekowioski, od dziewięciu miesięcy nie miała okresu. Jej ciało długo chorowało. – W najgorszym momencie ważyłam 42 kilogramy przy wzroście 168 centymetrów. Chorowałam na anoreksję, bulimię. Moja psychika była tak wykrzywiona, że kiedy patrzyłam w lustro, byłam przekonana, że muszę się głodzić. Nikt mi nie mówił, że jestem gruba, sama się nakręciłam. 

Nie akceptowała kobiecości, która zaczęła się pojawiać. Starała się zahamować zmiany. Ścięła włosy, nie nosiła sukienek. Raz Cyganka zaczepiła ją na ulicy: „Chłopcze, daj rękę, powróżę”. Pomyślała: jak ty nawet nie wiesz, czy ja jestem chłopak, czy dziewczyna, to co mi możesz powiedzieć? – Nienawidziłam siebie. Uważałam, że jestem brzydka, głupia, wszystko naraz. Miałam w głowie nagraną płytę, która cały czas odtwarzała to samo. Musiałam ją zmienić.

W ekowiosce okres pojawił się następnego dnia, po pierwszej agnihotrze. – Tutaj się odrodziłam. Normalnie jem, mam regularną miesiączkę. 

Tutaj poznała swojego męża, Rory’ego, który jej się oświadczył, kiedy kończyła swój wakacyjny wolontariat w ekowiosce. Chciał, żeby została w Bhrugu Aranya, z nim, na zawsze. Trzy dni po oświadczynach zorganizowali wesele. – Byłam wykorzeniona z rodziny, z miasta.

I możesz powiedzieć, że kiedy wykorzenisz roślinę, to ona umrze, nie jest w stanie przetrwać, ale ja miałam jeszcze inny korzeń – połączenie z naturą. Dzięki niemu udało mi się przetrwać. 

I tak z chaosu wyłonił się porządek. 

Bhrugu Aranya to najstarsza polska ekowioska. Jest położona 80 km na południe od Krakowa, w okolicach Jordanowa. Nazwę wymyślili mieszkańcy wioski (aranya w sanskrycie oznacza las, a Bhrugu to najprawdopodobniej dawna nazwa tutejszych terenów). Na co dzień komunikują się po angielsku. 


Reportaż ukazał się w nr 6 (2/2019) „Non/fiction”.

Wesprzyj niezależne dziennikarstwo – bez reklam, niespieszne i poruszające ważne problemy społeczne. Więcej informacji na temat całego numeru – „ZIEMIA” – znajdziesz tutaj.

Font Resize
Contrast