Bez kategorii

Inni mają dalej – reportaż Ewy Kalety

 

ilustracja: Natalia Kołacz

 

Pod górkę, ale na rowerze (okolice Krynicy Górskiej)

Piotrek: Minęło ponad 30 lat, od kiedy po raz ostatni szedłem z buta ze szkoły do domu. Pamiętam, że najbardziej męczyłem się, idąc albo jadąc sam. Nie było z kim pogadać, jak dwójki dzieciaków z tej samej wsi akurat nie spotykałem po drodze do szkoły. Przede mną matka z innej wsi prowadziła rodzeństwo. Ciągnąłem się za nimi.

Czasem zimą zmarzłem, potem się zgrzałem i wracałem do domu z gorączką. Każda zima w łóżku, a przecież byłem dzieckiem wiejskim, które powinno być odporne.

Bywało, że szedłem nawet osiem kilometrów, często jechałem rowerem, a zdarzało się też, że zawoził mnie na rowerze ojciec. W latach 80. nikogo nie obchodziło, że dzieci noszą ciężkie plecaki ani że się męczą. Dorośli byli bardziej zmęczeni. Mama mi mówiła, żebym się cieszył, że rowerem jadę, bo mógłbym iść z buta. No i fakt, doceniałem ten rower, chociaż pod górkę i po błocie nie było łatwo. Mój najlepszy kolega z ławki dzielił rower na pół z siostrą. Dziś to brzmi jak mroczna anegdota. Ale tak było, ich ojciec bił i pił. Więc jak dostali rower, to się nim dzielili.

Chodzenie było nudne, ale dzięki niemu można było skręcić niekoniecznie w stronę szkoły. Nieraz zaległem wiosną w lesie z kolegami, budowałem bazę, strzelałem z patyków albo paliłem ognisko na nielegalu. Kiedyś ojciec jechał do pracy i mnie podpatrzył. Dostałem tak, że do dziś pamiętam. Jak mu powiedziałem, że wcale nie wagaruję, tylko se siadłem na moment i odpoczywam, to rzucił, że jak jestem taki szkołą zmęczony, to mogę zawsze iść do roboty.

Przynajmniej nie wdychasz smogu
(mała wieś w Podkarpackiem)

Olek: Codziennie na piechotę. Do szkoły trzy i pół kilometra, autobusu nie ma, to znaczy jest, ale nie o tej godzinie, a do szkolnego też daleko i gorszą drogą musiałbym iść.

Czasem chodzi ze mną mama. Kiedy pada deszcz, jest naprawdę trudno, bo dochodzę do szkoły i jestem zmęczony. Mama pakuje ubranie na zmianę, zabiera przemoczone i wraca do domu.

Tata pracuje na tirach, jak jest w domu, to mnie zawozi, a jak go nie ma, czyli przez większość czasu, to musimy iść.

Nie lubię chodzić w deszcz, nie lubię też odwilży. Nie lubię, kiedy jest mokro, to gorsze od zimna. Jak mi przemokną buty, to muszę je suszyć na grzejniku w szkole. Niby nic, ale denerwuje. Nie lubię płaszcza przeciwdeszczowego i tego, że jak się spieszymy, to do szkoły przychodzę spocony.

Gdyby był chodnik, a nie takie pobocze, tobym chodził sam, ale mama się boi mnie puścić. Najbardziej chciałbym, żeby pod mój dom podjeżdżał autobus szkolny, bo już się chłopaki ze mnie śmieją, że z mamą chodzę. Jak rok temu całą zimę chorowała, to odprowadzała mnie babcia. Trzeba było wyjść 20 minut wcześniej, bo babcia wolniej chodzi.

A mama mówi: „Ja ciebie nie puszczę samego, bo tam jest las, a zimą to jeszcze mrok.”

Prosiłem, żeby chociaż od połowy drogi, od zakrętu mnie puściła. Obiecała, że za rok.

Czasem mija nas taka dziewczyna, starsza ode mnie. Mama mówiła, że może z nią bym szedł. Ale ja wolę nie. Mama już raz do niej zagadała, tamta zgodziła się, ale ja nie chcę. Nie i koniec.

Plecak, jak jest ciężki, to trochę niesie mama, a trochę ja. Miałem kiedyś taki na kółkach, ale na części drogi nie ma asfaltu i są takie duże doły, że urwałem kółko. Chyba nie opłaca się kupować nowego.

Mama mówi, żebym się cieszył, bo dzieci w mieście smog wdychają. A ja bym wolał smog niż iść w deszcz.

Mama mówi, żebym się cieszył, bo będę w formie i przygotowany na wycieczkę szkolną w góry. Wszyscy będą zipieć i narzekać, że ich nogi bolą, a dla mnie to będzie nic. Może racja. Ale gdybym mieszkał w mieście, to mógłbym chodzić na siłownię i wyszłoby na to samo.

Mama mówi, że nabiorę odporności i nie będę chorował. Tylko że jak kilka razy przemokłem, to byłem chory dwa tygodnie.

Mama napisała petycję do władz powiatowych, żeby przywrócili normalne godziny kursowania autobusu. Bo ona mija go, jak wraca do domu. Gdybym nim jechał, spóźniałbym się 20 minut. Mama mówi, że będzie zbierać podpisy, bo ona ma już dosyć. Że dostanie żylaków, a ja będę musiał chodzić w gorsecie ortopedycznym.

Kiedy mi się bardzo nie chce, siedzę przed telewizorem i mówię, że nie idę. Mama wyłącza telewizor, a ja go włączam, ona wyłącza, a ja włączam. Aż wyłącza z gniazdka. Więc wstaję i idę, ale nie odzywam się czasem pół drogi. Mama mówi, że jej się też nie chce, ale ona się na mnie nie obraża.

A mój tata cały dzień jeździ na tirze. Tu by się przydał, mógłby kupić autobus i rozwozić dzieci z różnych wsi do szkół. Gdyby rodzice mu płacili, to może by dużo zarobił. Bo tu nikomu nie chce się chodzić. Każdy by wolał się przejechać.

Mógłbym chodzić do szkoły, która jest bliżej, ale tam nikogo nie znam. Poza tym to jest bliżej o 15 minut. I gorszą drogą. Wolę dalej, ale w połowie po asfaltówce niż zawsze po błocie. Poza tym tamta szkoła jest mała i nikogo w niej nie znam.

Mama mówi: „Nie znasz, to poznasz.” No niby tak. Ale wszyscy tam już są zgrani. A moim najlepszym kolegą jest Kuba z 4b. Kuba ma do szkoły niedaleko. Czasem u niego nocuję i rano wystarczy wyjść pół godziny przed lekcją. Bardzo fajnie. Chciałbym tak mieszkać. Moglibyśmy mieć wspólny pokój i piętrowe łóżko. Kuba u mnie nie nocuje przed szkołą, bo mówi, że to za daleko. Trzeba mieć wytrzymałość. Ja mam prawie 12 lat i mam wytrzymałość. Mógłbym zostać sportowcem. Jak byłem mały, często chodziłem na basen, a teraz to tylko jak przyjedzie tata.

Wolałbym, jak Kuba, mieszkać blisko wszystkiego. Ale z drugiej strony u mnie można biegać, ile się chce, mamy dom, psy i koty. Za domem jest pole. Po drodze kilka sadów wiśni, za skarpą jest Wisła. Można iść daleko od domu. Jak się chce, można wszędzie. Kuba jest ograniczony. Na podwórko tylko. I mama mu mówi: „Kuba, tu masz się bawić blisko klatki.” Więc wolimy grać na komputerze. Nie ma po co chodzić koło klatki. Ja u siebie też gram, ale można pograć i wyjść. A potem wrócić i znowu pograć.

Mam domek na drzewie. Zrobiłem go z mamą. Nie jest idealny, ale mam tam różne narzędzia. Lubię sobie tam posiedzieć. Pod dom podchodzą różne zwierzęta, czasem sarny, no i ciągle, dosłownie ciągle, bażanty.

Szkoła jest w mieście, to znaczy w miasteczku. Też kiedyś mieszkałem w mieście. Było blisko. Nie musiałem chodzić. Ale rodzice powiedzieli, że dziecko powinno wychowywać się na wsi. Tylko mnie nikt o zdanie nie pytał. Chociaż mama mówi, że pytała i powiedziałem, że chcę mieszkać na wsi. Oni mnie przekupili wtedy Lego. Powiedzieli, że będę miał dla siebie całe piętro. Tylko ono jest niewyremontowane i nie można tam nawet wchodzić. Lego dostałem, więc nie kłamali do końca.

Gdybym wiedział, że codziennie będę musiał iść do szkoły na piechotę, to wolałbym zostać w mieście z kolegami. Myślałem, że ta wieś jest bliżej.

Kiedy idziemy z mamą, to czasem opowiadamy sobie różne historyjki. Ona mówi jedno zdanie, na przykład, że w miasteczku zdarzyło się coś, co zaskoczyło wszystkich. A ja mówię następne zdanie. Fajne historie wymyślamy. Mama mówi, że kiedyś je spisze. A czasem idziemy i nic nie mówimy. Kiedy mam zły humor, idę wolno, a mama mi mówi, żebym przyspieszył. Ze szkoły wracam autobusem, z innymi dziećmi, wtedy kiedy akurat pasuje. Mama czeka na mnie na przystanku. Kiedy indziej przychodzi po mnie do szkoły, bo autobus nie pasuje. Czasem dzwoni do takiego pana, co zabiera córkę ze szkoły muzycznej, mieszkają we wsi obok. W czwartki zgarniają mnie tuż po wuefie. Wysiadam niedaleko domu, zimą mama po mnie wychodzi, a wiosną idę czasem kawałek sam. A jak jest tata w domu, to on przyjeżdża.

Najbardziej lubię jeździć z tatą. W obie strony. Samochód to wielka wygoda. Mama obiecała, że zrobi za rok prawo jazdy i będzie mnie wozić, a jak ja zrobię, to będę jeździł sam.

Nie lubię chodzić, nachodziłem się już. Przez ostatnie trzy lata więcej niż niektórzy w swoim całym życiu.

Agnieszka, mama Olka: Zawsze kiedy budzę syna rano, to sobie myślę, że mógłby jeszcze chwilkę pospać, gdybym zrobiła prawo jazdy. Ale musiałby być mąż na miejscu. A jak mąż schodzi z tira, to jest dużo innych spraw. Przez ostatni rok głównie był w trasie, a jak miał wolne, to pojechał na budowę. Chcemy wyremontować dom. Chciałabym mieć więcej dzieci.

Olek nie lubi chodzenia. Na początku wcale się nie odzywał. Był taki obrażony. Jak się o coś kłócimy, to czasem mi to wyciągnie, że on musi na piechotę do szkoły chodzić i dlaczego nie wymyśliłam niczego lepszego. Dlaczego on musi się tak męczyć, a inni nie. Czasem jestem miękka dla niego, a czasem twarda. Czasem mówię, że inne dzieci mają gorzej, a czasem, że już niedługo wróci tata i będzie go woził.

Te trzy kilometry to czas dla nas. Jesteśmy dużo sami. Chyba spełniłam swoje marzenie w ten sposób. Mieszkałam w mieście, moi rodzice dużo pracowali, mama pielęgniarka, a tato na hucie. Mało ich miałam, spędzałam czas z babcią. Chciałam, żeby syn miał mnie tyle, ile chce, i żeby nie był takim miejskim zblazowanym dzieckiem, zachuchanym. Żeby miał gdzie wyjść i mógł mieć trochę wolności. Bywają dni, kiedy prowadzę Olka do szkoły, idę poboczem, buty mam całe w błocie, wtedy myślę sobie: „Co mi odbiło?” Czemu skazuję go na te średniowieczne warunki? Moglibyśmy w mieszkaniu po rodzicach mieszkać, żyć w mieście. Ale potem myślę, że wszystko minie. Tak mówię synowi, kiedy ciągnie się noga za nogą: to tylko trudności, synek, one miną, będziesz to kiedyś wspominał na śmiesznie. To będą dobre wspomnienia.

Nie zmienia to faktu, że piszę pisma i zbieram podpisy, żeby przywrócili autobus w godzinach szkolnych. Może za rok się uda. Poruszę niebo i ziemię, nie tylko z powodu syna, ale i starszych sąsiadek, które czasem odkładają wizyty u lekarza czy w aptece, bo im uciekł autobus albo boją się, że na powrotny mogą nie zdążyć. To je przerasta, bo jak autobus przejeżdża przez wieś raz dziennie, to trzeba kombinować.

Jak to jest mieć blisko
(mała wieś w Małopolsce)

Paula: Na przystanek mam prawie trzy kilometry, potem dwa przystanki autobusem. Jak się spóźnię, to właściwie nie mam już na co czekać, bo następny jest za dwie godziny. Czyli już mi się nie opłaca iść do szkoły.

Łącznie 10 kilometrów. Teoretycznie miał po mnie przyjeżdżać szkolny autobus, ale w tym roku nie przyjeżdża. Do drogi, z której by mnie zabierał, też mam dwa kilometry. Co za różnica, czy to szkolny, czy nieszkolny.

Pierwsza koleżanka, taka Julia z klasy, dochodzi do mnie bardzo niedaleko domu. Potem idzie z nami Adaś. Ale Adaś czasem jedzie wcześniej z tatą. No więc często idziemy we dwie. Jak Julia jest chora, to na przystanek prowadzi mnie mama. Mówię, że mogę iść sama, a mama na to, że ona za dużo się życiu naoglądała. Pracowała w laboratorium i mówi, że wariatów nie brakuje. Teraz z tatą mają gospodarstwo.

Na przystanku na autobus czeka nas pięcioro. Nie za dużo. Tyle nas tu mieszka w okolicy. Wszystkich znam. Mieszkam tu od zawsze i od zawsze mam wszędzie daleko. Nie wiem, jak to jest mieć szkołę koło domu. Na pewno ma się wtedy dużo czasu dla siebie. Ja mam mało, bo jak wracam ze szkoły, to muszę odrabiać lekcje. I potem tylko pogram w coś, posiedzę na Facebooku albo na Instagramie, pobawię się z kotem i idę spać.

Chciałabym kiedyś mieszkać w mieście, żeby nie musieć wszędzie tak daleko chodzić. Albo żeby mieć pod domem sklep. Niby jest sklepik obok domu Julki. Ale po pierwsze tam nic nie ma, żadnego wyboru, a po drugie stoją tam menele. W środku dziwnie pachnie. Mama kupuje w nim chleb i takie rzeczy „na teraz”, ale po większe zakupy jeździmy samochodem. Samochód od wakacji stoi zepsuty i tata jeszcze nie naprawił, więc przyjeżdża ciocia, zabiera nas do biedronki czy do lidla i przywozi z zakupami.

Chciałabym mieszkać koło biedronki. Mogłabym nie tylko kupować, ale też oglądać.

Albo jeszcze lepiej – obok galerii handlowej. Można sobie pochodzić i się nie nudzić.

Nie mówię za często, że mi się nudzi, bo mama od razu szuka dla mnie zajęcia. Mam młodszego brata, Krystianka, ma trzy lata. Jak tylko powiem, że nie mam co robić, to mama każe mi z nim siedzieć. A mnie nie o to chodzi, mnie się po prostu nudzi w życiu. Tylko szkoła i dom. Mama mówi, że w bloku się mieszka jak w klatce i że kiedyś będę się cieszyć z tego, że mam własny dom, a nie mieszkanie na kupie w kurniku z obcymi ludźmi nad głową. Niby tak, ale ci ludzie mają wszędzie blisko. Wiadomo, że ludzie wolą mieć blisko niż daleko. Jak mówię mamie, że mam wszędzie daleko, to ona na to, że inni mają dalej. Kiedy mnie odprowadzała na autobus i zawoziła do szkoły albo odprowadzała do szkolnego autobusu, to zawsze mi opowiadała, jak to ona daleko szła do szkoły albo babcia. No może i tak.

W mieście nie mogę zasnąć. Na urodzinach u mojej siostry ciotecznej Izy spałam blisko okna, samochody jeździły i nie mogłam spać. Leżałam tylko. Ale teraz Iza też już mieszka na wsi. Ona jest malutka, ma sześć lat, to jej jest jeszcze wszystko jedno. Jak pójdzie do szkoły, to zobaczy.

Najgorsze w chodzeniu do szkoły jest to, że czasem rano jest szaro i ciemno. Najbardziej nie lubię deszczu. Wiosną i latem mogłabym chodzić. Nawet bym mogła na rowerze jeździć do szkoły. Ale mama nie pozwala, mówi, że samochody jeżdżą i jest niebezpiecznie. Może za jakiś czas mi pozwoli. Jesień i zima są najgorsze. Nie lubię nosić rajstop pod spodniami, gryzą mnie. Zdejmuje je w szkole, a potem przed wyjściem zakładam. Najbardziej lubię jeździć samochodem. Ale mieliśmy go tylko przez rok i ciągle się psuł. Podobno tak to jest ze starymi samochodami, ciągle się psują i trzeba dokładać.

Nauczyciele w szkole nie dają nam żadnych ulg. A ja myślę, że jak się dojeżdża, to ma się trudniejsze życie i powinno się mieć trochę lepiej, na przykład nie powinno się pisać klasówek na pierwszej lekcji. Albo powinno się mieć mniej zadane do domu. Bo to nie fair. Ja mam mniej czasu i muszę przecież się namęczyć, żeby dotrzeć do szkoły. No i plecak, jest naprawdę ciężki. Czasem jestem zła, że tak jest. Często mi się nie chce, ale nic nie mówię. Krystian dużo choruje, rok temu ciągle był w szpitalu. A mama z nim. Tata pozwolił mi kilka razy nie iść do szkoły, jak było zimno. On mnie rozumie, bo sam musi wcześnie wstawać, szczególnie kiedy są żniwa. Mówi, że dzieci mogą sobie dłużej pospać.

Muszę wstać przed szóstą, żeby na ósmą być w szkole. Gdybym miała krótkie włosy, może byłoby szybciej, a tak to trzeba długo czesać. Czasem myślę, żeby ściąć. Mama każe mi wieczorem przygotować ubranie. Nie zawsze to robię. Więc budzi mnie wcześniej. Gdybym mieszkała sama, wyszykowałabym się w pięć minut. A tak to wszyscy mnie spowalniają.

Chciałabym, żeby autobus szkolny podjeżdżał pod mój dom. Jeśli już nie mogę mieszkać w mieście jak koleżanki, to chociaż żebym nie musiała codziennie chodzić na przystanek. Ale nie. Nikogo nie obchodzą dzieci dojeżdżające.

Ela, mama Pauli: Miałaby więcej czasu, gdyby się troszkę szybciej ruszała rano. Ale to tylko dziecko, wiadomo, jakie są dziewczynki w jej wieku, chce się podobać. Jak pada, mówi, że jej się włosy zrobią brzydkie, nim dotrze do szkoły. Albo nie chce czapki zakładać. Ja jej tłumaczę: dziecko, jakbyś miała szkołę pod nosem, tobyś mogła bez czapki, ale ty musisz tyle na nogach iść, że się zaziębisz. No trudno, włosy poprawisz na przerwie. Złości się. Coraz bardziej. Na buty w błocie. To już nie jest mała dziewczynka, to już jest pannica. No co zrobić.

Za to dom duży jest. Kiedyś doceni. Ja też chodziłam do szkoły na piechotę. Wiadomo, że człowiek by chciał dziecku oszczędzić takiego wysiłku, ale bez samochodu jesteśmy i nie bardzo jest z czego kupić nowy.

Dzielna jest moja dziewczyna. Może swoje dzieci w mieście wychowa, jak jej tak tu źle. Mówi, że ona by na wsi nie chciała mieszkać, do liceum chce iść do miasta, do internatu albo na stancję. Taka dorosła chce już być.

To nie hartuje

Piotrek: Kiedyś „dziecko dojeżdżające” to była obelga. Kręcili z nas trochę bekę w klasie. Bycie ze wsi wiązało się z różnymi brakami. Łazienki na przykład. Było mięsko, bo jak się zabiło świnię, to jedzenie pierwsza klasa, ale generalnie dzieci ze wsi czuły się gorsze.

Jak ktoś był z miasta, to był ważny, miałem kuzyna z miasta i on był moim prawdziwym autorytetem.

Dla mnie przejechanie się maluchem było szczytem marzeń. Marzyłem, żeby mnie tata samochodem do szkoły woził.

Do dziś nie lubię chodzić. Żona się śmieje, że na drugą stronę ulicy jadę autem. Dzieci zawożę do szkoły, chociaż to kilka minut od domu. Jeśli mogę im dać coś, czego sam nie miałem, to dlaczego nie. Nie chciałbym, żeby mój syn chodził tak jak ja na piechotę, pod górę. To nie wyrabia charakteru ani nie hartuje. Tylko daje poczucie, że wszystko jest trudne. Czy naprawdę musisz o tym wiedzieć już w podstawówce?

Ale w sumie nic mi się od tego chodzenia nie stało. Mam dużo wspomnień i często zbaczałem z drogi nie wiadomo po co. Teraz dzieci nie mają takiej wolności.

 

 


 

Reportaż ukazał się w nr 5 (1/2019) „Non/fiction”.

Wesprzyj niezależne dziennikarstwo – bez reklam, niespieszne i poruszające ważne problemy społeczne. Więcej informacji na temat całego numeru – „SZKOŁA” – znajdziesz tutaj.

0 comments on “Inni mają dalej – reportaż Ewy Kalety

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *