Wywiad

Jacy jesteśmy – wywiad z Lidią Ostałowską

Adrian Stachowski: Tak naprawdę mam do pani tylko jedno pytanie, reszta padnie przy okazji. Dlaczego pani nie publikuje już reportaży?

Lidia Ostałowska: Nie była to świadoma decyzja, ale czasami robimy coś lub unikamy czegoś, a dopiero później okazuje się, że ma to swoje motywy. Nie piszę chyba dlatego, że reportaż prasowy bardzo się zmienił. Wszystko musi być bardziej efektowne, z tezą, skrojone pod oczekiwania czytelnika. Reportaż stracił autonomię. Kiedyś autor miał duży zakres wolności – w doborze tematów, formy… Reporter przynosił swój urobek, redaktor poprawiał, zadawał pytania – tak wyglądała ta praca.

Potem zauważyłam, że nie dość, że teksty stały się krótsze, to już na dzień dobry były formatowane, „to powinno być takie”, „zwróć uwagę na to”… Kiedy zaczęłam słyszeć to coraz częściej, bardzo się zirytowałam. Piękno reportażu polega na tym, że jedziemy gdzieś i nie wiemy, co nas spotka. Dzisiaj, proponując temat, trzeba ulepić ideologiczną pigułę, opakować ją marketingowo i przedstawić jako towar.

Wydaje mi się, że jest jeszcze jeden powód, taki, który jest w nas, reporterach. Kiedy napisze się książkę, reportaż do gazety staje się czymś małym. Nie da się w nim rozpostrzeć.

Piękno reportażu polega na tym, że jedziemy gdzieś i nie wiemy, co nas spotka. Dzisiaj, proponując temat, trzeba ulepić ideologiczną pigułę, opakować ją marketingowo i przedstawić jako towar.

Jak było kiedyś? Chciałbym, żeby opowiedziała mi pani o swoim powrocie do dziennikarstwa pod koniec lat osiemdziesiątych, kiedy rodziła się „Gazeta Wyborcza”. Przecież zaczynała pani dużo wcześniej, przed stanem wojennym, w „Przyjaciółce” i studenckim „ITD”.

I to szybko skończyło się zakazem wykonywania zawodu, bo byłam bardzo roznamiętnioną stronniczką Solidarności. Potem pracowałam w szkole, wychowywałam dzieci, nawet nie sprawdzałam, czy zakaz dalej mnie obejmuje. Aż do osiemdziesiątego dziewiątego, kiedy powstała „Gazeta Wyborcza”.

Mieliśmy dużo wolności, było w nas mnóstwo spontaniczności. Popełnialiśmy też sporo błędów. Ale przede wszystkim to było doświadczenie wolności. Cudownie to wspominam.

Czy dyskutowaliście o roli, jaką powinniście pełnić jako reporterzy?

Ależ skąd.

Nie? Małgorzata Szejnert nie mówiła wam, że waszym zadaniem jest rozpraszać i oswajać lęki związane z transformacją? Mariusz Szczygieł zapisał taką scenę w swoim dzienniku z tego okresu.

Nie pamiętam tych słów. Ale to prawda. Nasi szefowie mieli świadomość, że reforma Balcerowicza jest mieczem, który wisi nad narodem, i że niedługo zacznie się to, co potem rzeczywiście się stało. Upadały fabryki, rosło bezrobocie, ludzie nie mieli gdzie mieszkać, bo upadały domy przyzakładowe. Ernest Skalski powiedział mi wtedy, że teraz będą leciały wióry i trzeba będzie trzymać ludzi za rękę. Chodziło o to, by czytelnicy, którzy bardzo ufali „Gazecie”, mieli poczucie, że ktoś z nimi jest, ktoś ich słucha i zareaguje. Przekona, że będzie lepiej.

Oczywiście to ostatnie zadanie nie należało do reporterów, tylko do publicystów. To oni młotkowali o niewidzialnej ręce wolnego rynku, postawach roszczeniowych, uwłaszczonej nomenklaturze – i tak dalej. Do nas należało jeżdżenie po Polsce i reagowanie na rzeczywistość. Ale chcę powiedzieć, że nic z tego nie oznacza, że uprawialiśmy propagandę. Mieliśmy taki luksus, że kiedy teoria nie zgadzała się z praktyką, to reporter pisał to, co uważał.

Zdarzało się, że na zebrania działu reportażu przychodził jakiś mądry publicysta i tłumaczył nam, od czego muchy zdychają. Że ci reporterzy to nie wiedzą, że jest ekonomia, procesy polityczne… A my wiecznie w czyjejś kuchni czy w czyichś majtkach. Słuchaliśmy tego jak na kazaniu. Bóg zapłać, ale byliśmy w innym świecie.

Dzisiaj autorytety mówią, że „byliśmy głupi”, niedostatecznie wrażliwi czy przewidujący. Ja odpowiedziałam sobie buńczucznie – nie byłam głupia. Nie zamknęłam oczu na rozczarowania, na degradację. Ton tych samokrytycznych wypowiedzi mnie irytuje, bo ich autorzy za chwilę znów czują się mądrzy, bo przecież zdali sobie sprawę, że byli głupi. Ale byli głupi i głupi pozostali. Głupota polegała na wierze, że pieniądze doprowadzą nas do szczęścia.

Słyszałem, że pani Małgorzata Szejnert broniła was przez zakusami politycznych publicystów jak tylko się dało.

Tak było. Wiedzieliśmy, że coś się dzieje, że ktoś chce nas użyć politycznie – zawsze były jakieś wybory, konflikty, okazje, kiedy reporter by się przydał, żeby komuś przyłożyć – ale Małgosia zawsze nas broniła.

Dla reportażu tamten czas był cudowny. Ludzie cieszyli się z wolności słowa. Wszyscy. Nie tylko my, dziennikarze, ale też nasi bohaterowie. Nie mieli lęków, by opowiadać o swoim losie, o tym, co myślą. Ufali dziennikarzom. Wolna Polska, wolne media, wszystko możemy powiedzieć. To bolesna różnica wobec tego, co jest dzisiaj. Dziennikarz nie może pójść w świat, jak wtedy mógł iść, czyli licząc na zaufanie drugiej strony. Podzieliliśmy się. Między grupami społecznymi są kaniony. Nie ma przepływu informacji.

„Gazeta” nie miała szczęścia do przewidywania zwycięzców rozmaitych wyborów. Po każdych „przegranych” wyborach było zebranie, na którym pytano: „dlaczego reporterzy nas na to nie przygotowali?”. Istniało wtedy – wciąż mówię o latach dziewięćdziesiątych – przekonanie, że reporter to ten, który ma iść w lud i wyniuchać, jakie są nastroje. W którymś momencie to się urwało. Przestaliśmy obserwować, jacy jesteśmy. Dzisiaj reportaż rzadko daje analizę nastrojów społecznych. Już nie jest żurawiem zapuszczonym w społeczeństwo.

A co z polityką w reportażu? Często odnoszę wrażenie, że granica nie jest tak mocna jak kiedyś.

Bo reportaż jest wciągany w służbę. Polityce, redakcyjnym aliansom…

Czy to tylko wina redakcji? Nawet niezbyt uważny czytelnik jest w stanie odgadnąć sympatie polityczne reporterów. Zresztą nie trzeba zgadywać – to jest widoczne. A kiedy czytam starsze teksty tych samych autorów, na przykład Mariusza Szczygła, Wojciecha Tochmana czy Jacka Hugo-Badera, to nie jest takie oczywiste.

Starsi autorzy piszą dzisiaj felietony, a tam wyjawianie poglądów politycznych mieści się w regułach. Mnie irytuje coś innego. Rozpowszechnia się reportaż populistyczny. Duży skandal, głośna sprawa, coś, co bulwersuje – co od razu będzie można wywalić na portal, co od razu zacytuje TVN24. Chodzi mi o tabloidyzację reportażu. To dla mnie przykre. I wiem, że to samo doskwiera wielu autorom, którzy chcieliby uprawiać ten zawód według dawnych formuł.

Dzisiaj reportaż rzadko daje analizę nastrojów społecznych. Już nie jest żurawiem zapuszczonym w społeczeństwo”.

Mówi pani, że czuje potrzebę ostrożnego mówienia na ten temat. Wśród młodych reporterów od dawna wyczuwam coś jakby ferment. Nie wszystko im się podoba i czują potrzebę, żeby z kimś o tym porozmawiać. Często mówią mi, że szczerze o reportażu to można pogadać w knajpie, ale nie publicznie. A ja się temu dziwię – jak to?

Mnie też wiele rzeczy irytuje – celebryctwo, bezradność wobec naruszeń reporterskich norm, zamiatanie trudnych spraw pod dywan… Nie zazdroszczę młodym. Uważam, że nasze pokolenie było dziećmi szczęścia. Natrafiliśmy na niezwykły czas i znakomitych szefów, którzy dali nam wolność. Teraz dotknął nas ogromny kryzys i nie dziwię się, że młodzi reporterzy mają problem. Trudniej zbierać materiał, autorytety są lekko zdarte, metoda, którą nazywamy reportażem literackim, zaczyna budzić coraz większe kontrowersje. Redakcjom brakuje pieniędzy. Świat stał się trudniejszy do opisania. A do tego młodzi robią to w pojedynkę, a nie w zespole, jak my.

Reportaż się popsuł?

Nie chcę jak stara ciotka…

Ale tak, uważam, że reportaż prasowy nie spełnia dawnej społecznej roli, bo podlega musom, przede wszystkim ekonomicznym. Tekst musi się klikać. To i tak cud, że niektóre gazety wciąż podtrzymują ten gatunek. Na szczęście jest reportaż książkowy. Cudownie, że jest. Bo gdzie indziej zachować ciągłość? Książki docierają do niewielkiej grupy czytelników – to jednak ból – ale w nie wierzę i chcę przy nich trwać.

Słyszałem, że pracuje pani nad czymś nowym. Podobno spędza pani dużo czasu w archiwach sądowych.

Proponował pan rozmowę o zaufaniu – ta opowieść wpisze się w ten temat. Przez trzy lata odwiedzałam w więzieniu dziewczynę z długim wyrokiem. Chodziłam do niej, na jej prośbę. W końcu pod wpływem rodziny zerwała nasze spotkania, ale powiedziała, że daje mi swoją historię, pozwala mi o niej pisać. Po pół roku przekazała mi wiadomość, że chce, żebym znowu przychodziła. Po trzech latach powiedziała, że nie autoryzuje tekstu. Znów zaszantażowała ją rodzina. No i co teraz? Pierwszy raz stanęłam przed prawdziwym dylematem. Nie pisać? Ta dziewczyna zajmowała mój czas, poświęciłam tej sprawie dużo pracy i emocji. Pisać i zmieniać nazwiska? Bez sensu. To była głośna historia. Przerobić na powieść? Nie jestem powieściopisarką. W końcu ogarnął mnie bunt. To nie jest tak, że reporter wobec bohatera pełni rolę usługową. To dla mnie duży problem: nie chcę się czuć świnią, ale zdałam sobie sprawę, że relacja reporter-bohater nie działa tylko w jedną stronę.

Lidia Ostałowska, Farby wodne (Czarne, 2011)

Była już pani w podobnej sytuacji. Dina Gottliebova, bohaterka Farb wodnych, była więźniarka Auschwitz i autorka spornych portretów Romów, które chciała odzyskać od muzeum w Oświęcimiu, nie chciała z panią rozmawiać. Nie chciała, by pani o niej pisała. I napisała pani.

Ta sytuacja wcale nie była podobna. Za pierwszym razem, kiedy chciałam o tym napisać, ona nie odpowiedziała na mój list, w ogóle nie raczyła zareagować. Wtedy zrezygnowałam, bo nie mogłam napisać o żywym konflikcie bez udziału jednej ze stron. Kilka lat później, kiedy konflikt był już rozwiązany, wróciłam do tego tematu, ale okazało się, że Dina zmarła. Uznałam, że już mogę pisać, bo udzieliła wielu wywiadów, sprawa była publiczna. Ale się pojawił inny zgryz. Co z tego, że ona nie żyje, a ja sporo o niej wiem, skoro nie może niczego wyjaśnić ani się obronić? Ta świadomość cały czas mi towarzyszyła. Dlatego Dina Gottliebova nie jest centralną postacią książki, najważniejsze są w niej akwarele. I chyba dobrze, bo jeszcze bym się gdzieś zapędziła.

Kilka lat temu napisałem, że Farby wodne to bardzo dobra książka, która nie powinna była powstać. Raziło mnie, że bohaterka nie chciała z panią rozmawiać. Ale dzisiaj widzę jeszcze jeden poziom tego dylematu. W historii chodzi o portrety, które Dina Gottliebova chciała odzyskać od muzeum w Oświęcimiu, twierdząc, że to jej własność. Muzeum nie chciało ich oddać, argumentując to czymś w rodzaju dobra ogółu.

(Z listu Muzeum Auschwitz-Birkenau do Diny Gottliebovej: „Muzeum w pełni rozumie indywidualne racje, lecz zostało powołane, by służyć wszystkim – jako miejsce pamięci i jedyny w swoim rodzaju ośrodek badawczy – i dlatego, w pełni szanując prawa osób, które wytworzyły część znajdujących się tu dokumentów, stoi na stanowisku, że każdy uszczerbek w zbiorach miejsca pamięci będzie stanowił niepowetowaną stratę”).

Wydawało mi się, że pani to samo zrobiła z jej historią. Mimo że ona nie chciała jej pani dać, pani ją wzięła, by poprzez nią opowiedzieć o czymś ważnym – pamięci o Holocauście.

Ależ ona chciała o tym mówić, opowiadała swoją historię innym dziennikarzom. Wracamy do pytania o sens mojego zawodu: czy to, że ona miała uprzedzenia względem Polaków, polskich mediów i polskich urzędników oznacza, że powinnam te uprzedzenia zaakceptować i uznać, że to zamyka mi usta?

Zastanawiam się, czy to nie jest za proste, żeby tak pomyśleć – że była osobą publiczną. To pozwoliło pani pisać, ale może ona była po prostu osobą publiczną, która udzieliła wielu wywiadów?

Nie wydaje mi się. Ona bardzo świadomie kierowała kampanią medialną, wspierali ją dziennikarze, ludzie kultury, amerykański Kongres i senat. To była sprawa publiczna, wręcz transatlantycka.

Dlaczego ludzie godzą się opowiedzieć reporterowi swoje historie? Są takie reportaże, przy których nie umiem zrozumieć, dlaczego bohater zdecydował się mówić. Sporo z nich napisała pani. Na przykład To nie mój pies, ale moje łóżko, reportaż o Agnieszce Osieckiej. Napisała go pani z Pawłem Smoleńskim niedługo po jej śmierci. Ten tekst to brutalna wiwisekcja życia rodzinnego, której dokonaliście z udziałem córki Osieckiej, Agaty Passent.

(Z tekstu: „Babcia umierała w domu. Mama była pijana i kompletnie nie umiała się nią zająć. Kiedy na nie patrzyłam, pomyślałam, że nasze stosunki są podobne. Bez szczerości. W trakcie babci umierania mama dawała niani znaki oczami, żebym wyszła. To było dla mnie obrzydliwe. Wstydziła się, że patrzę, jak staje się najstarszą osobą w rodzinie. Wyszłam, nie widziałam ostatnich chwil mojej babci. Niania powiedziała mamie: „Idź do kina”. Mama poszła”).

Czytam i nie rozumiem – dlaczego ona się na to zgodziła? Dlaczego zechciała w ten sposób opowiedzieć wam o swojej matce?

Chyba ona sama dziś już nie wie, dlaczego to zrobiła. Ale co ja poradzę na to, że ona to powiedziała? Zapewne załatwiała jakieś swoje sprawy – nie wiem. To było krótko po śmierci mamy, wiadomo, była wzburzona, ale nie była sama i bezbronna w kontaktach z nami. Czytała ten tekst przed publikacją, w całości. Czytała go też Magda Umer, jej „ciocia”. A więc było to nie tylko za zgodą, ale i z poszanowaniem wszystkich zasad etyki dziennikarskiej. Agata Passent dzisiaj czuje się ofiarą, chociaż moim zdaniem nie ma powodu. Była dorosła, podjęła decyzję.

Czytałem, że razem z Pawłem Smoleńskim przy pracy nad tym tekstem dodawaliście sobie odwagi. Dlaczego była potrzebna?

To była poetka, która ukształtowała wrażliwość milionów Polaków. Ludzie oczekiwali cukierkowego portretu i może na niego zasługiwali. Ale nie mieliśmy klocków do zbudowania tej konstrukcji. Dostaliśmy inne. Taki materiał zebraliśmy – no i co teraz? Albo nie piszemy nic, albo piszemy prawdę.

Czy zdarzyło się kiedyś, że bohater zapytał, co będzie miał z rozmowy z panią?

Często.

I co?

Nic. Mówiłam prawdę. Dawniej można było zaoferować więcej. To były świeże, post-PRL-owskie czasy, kiedy przez dziennikarzy można było coś załatwić. Rozmowa dawała szansę zmiany na lepsze. Można też było powiedzieć, że innym osobom ta historia przyniesie pociechę, że nie są sami. Ale to nie każdego zadowalało. Tak naprawdę jedyna uczciwa odpowiedź na pytanie o to, co bohater będzie z tego miał, brzmi: „nic”. A nawet może być gorzej.

Lidia Ostałowska, Cygan to cygan (Czarne, 2012)

Czy Romowie, o których napisała pani książkę Cygan to Cygan, też pytali, co będą z tego mieli?

Nie, skąd.

Poznawała pani ich świat dzięki przewodnikom, ludziom, którzy ułatwiali pani kontakty i rozmowy. Ale nie wierzę, że oni otwierali wszystkie drzwi.

Czasami zamykali. Jednym z ukochanych przewodników był Limalo, którzy prowadził swoją własną pracę reporterską, a ja szłam za nim. Konfrontował z rzeczywistością swoje wyobrażenia na temat klanu Kalderaszy. Konfrontował się też z głupim przekonaniem, że cierpienie uszlachetnia. Zdawało mu się, że jego ziomkowie, rumuńscy żebracy, w nieszczęściu zachowają czystość.

Czy były sytuacje, w których musiała pani zapracować na zaufanie Romów zupełnie sama?

Tak, na Węgrzech. Ale i wtedy wszystko trzeba było załatwiać. To nie było tak, że jak chciałam pisać o dresiarzach z Bałut, to szłam do nich na boisko i siadałam na ich wersalce, a jak chciałam pisać o romskim getcie, to tam szłam i zaczepiałam ludzi. To tak nie działa. O romskim getcie w Peczu napisałam dzięki pomocy pewnej organizacji pozarządowej. Ale oni się wkrótce wycofali, a ja siedziałam tam tydzień.

Tak naprawdę jedyna uczciwa odpowiedź na pytanie o to, co bohater będzie z tego miał, brzmi: „nic”. A nawet może być gorzej.

I jak tłumaczyła pani Romom swoje motywy?

Nie potrzebowali dużo. Chcieli szacunku.

Jak to było z pokazywaniem tekstów o Romach przed drukiem? Komu je pani pokazywała?

Kolegom ze stowarzyszenia Romów w Polsce. Miałam z nimi taki układ – oni mi pomagają w zdobywaniu kontaktów, ale chcą mieć pewność, że nie puszczę niczego przeciwko nim. I pokazywałam im całe teksty, chociaż było to wbrew zasadom obowiązującym w „Gazecie”.

To prawda, że można było za to wylecieć z pracy?

Nie słyszałam o takim przypadku, ale zakaz był oczywisty. Zakaz zakazem, ale lęki Romów też były oczywiste. Zanosiłam im te teksty, a oni je czytali. To nie były panegiryki, ale nic mi nie wykreślili.

Kiedyś napisałem o tej książce, że jeżeli ktoś będzie szukał w niej potwierdzenia swoich uprzedzeń, to je znajdzie. Jest w niej Cygan András, który sprzedał córkę do burdelu i cieszył się, że starczy mu na Suzuki. Jest Rzepa, który pilnuje cygańskich zasad: wolno kraść, nie wolno gwałcić i zabijać ani krzywdzić dzieci. Są też Polscy Romowie, którzy zgodnie z romanipenem, romskim kodeksem honorowym, nie powiedzą białemu, czyli gadziowi, słowa prawdy.

Są też tacy. Ale oni nic nie wykreślali.

Wspomniała pani o chłopakach z Bałut. Chcę zapytać o innych chłopaków – bohaterów reportażu Masz mierny i idź. To intymna historia przyjaźni trzech kumpli, z których każdy boryka się z problemami z pracą. Jak pani ich poznała?

To miał być interwencyjny reportaż o chłopaku, który zachorował. Ta choroba miała mieć związek z pracą, którą wykonywał. Ale ta historia nie była sexy…

To słowo! Wrócę do niego później.

…i on zaczął gadać o swoich kumplach. To było dla mnie dużo ciekawsze niż interwencja, której słuszności nie byłam pewna. Opowiadał, że ma przyjaciół, z którymi trzyma się od podstawówki, że jeżdżą razem na ryby. To było coś fascynującego.

Co tam pani zobaczyła?

Trzech normalsów, chłopaków, którzy mogli zostać dilerami lub pójść do mafii, a wyszli na ludzi, w totalnie niesprzyjających okolicznościach. I toczyli codzienną walkę, żeby tymi ludźmi pozostać.

Czy oni czytali ten tekst przed publikacją?

Każdy autoryzował…

…swoją część, nie widząc reszty.

(Z tekstu: „Mariusz to nadal bezrobotny bez prawa do zasiłku. Uważa, że przyjaciele się zmienili. Rozpamiętuje: – Jaki ten Michał nieznośnie wpatrzony w mamonę! Chyba zawsze był taki. Zawiścił Hubertowi kasy, a udawał dobrego kolegę. Po plecach tego chłopaka wlazł do jego domu. Nie klął, nie palił, zaparł się siebie. To wchodzenie w życie przez odbyt. Opłacało mu się. Będzie panem architektem i co? Będzie jeździł ekstrafurą i co?”).

fot. Magdalena Wdowicz-Wierzbowska

Wchodzi pani w tym tekście bardzo głęboko w ich relacje. Kolejna okazja, żeby pomówić o zaufaniu i moim zdziwieniu, że ktoś się może na to zgodzić.

Jeżeli jeden mówił coś na drugiego, to dostał to czarno na białym. Powiedział, zobaczył zapisane i wyraził zgodę na publikację. Może ludzie potrzebują katalizatora? Reporter wchodzi, uważnie słucha, nie ocenia – i wreszcie można sobie coś powiedzieć, nie w oczy, ale za pośrednictwem.

Wie pani, co się działo z chłopakami później?

Nie mam pojęcia.

Mówi pani: „to mój zawód, nie zaprzyjaźniam się”. Ja wiem, że to tak się odbywa, ale to brzmi bardzo chłodno, nawet zimno.

Nie jestem pomocą społeczną ani psychoterapeutką. Te relacje nie są z wyboru, nie wybieram bohaterów po to, by się z nimi zaprzyjaźnić. Mam brać na siebie całą karawanę bohaterów z przeszłości? To nie byłoby w porządku, bo nie byłabym uczciwa w tych relacjach. Chociaż z niektórymi łączy mnie coś więcej, na przykład z Romami, albo z paniami, które walczyły o fundusz alimentacyjny. Kandydowały na radne i posłanki z list PiS-u… Ale to wyjątki, nie mam braci i sióstr rozsianych po całej Polsce.

Powiedziała pani, że interwencja nie była „sexy”. Niedawno pewien reporter tłumaczył mi, że jak kiedyś redakcje kazały reporterom pisać o bezrobociu, bo bezrobocie było ważne, tak dzisiaj bieda nie jest „sexy” i żeby opublikować w gazecie reportaż, to trzeba mieć petardę – głośny temat, najlepiej skandalizujący, który sprzeda egzemplarze i będzie się klikał.

Bieda może być sexy, zależy jak się o niej pisze. Latami pisaliśmy o biedzie. Marudziliśmy, że „znowu ta bieda”, ale nikt się nie wyłgiwał od pisania. Musieliśmy się starać, żeby te teksty były atrakcyjne, żeby ludzie chcieli je czytać. Łatwiej napisać o kolejnej aferze pedofilskiej niż o tym, że w miasteczku jest trzydziestoprocentowe bezrobocie. Chodzić od domu do domu i słuchać, jak każdy pitoli to samo. Jak to pokazać? Ale pisaliśmy o tym – a ludzie czytali.

Łatwiej napisać o kolejnej aferze pedofilskiej niż o tym, że w miasteczku jest trzydziestoprocentowe bezrobocie. Chodzić od domu do domu i słuchać, jak każdy pitoli to samo. Jak to pokazać?

Chyba chodzi mi o to, że mam kryzys zaufania do reportażu. Zastanawiam się, na ile on pozwala mi dowiedzieć się czegoś o moim kraju.

Ja też mam taki kryzys.

Na studiach napisała pani pracę magisterską o źródłach reportażu. Szukała ich pani w oświeceniu. Domyślam się, że zawarła pani w tej pracy zestaw poglądów, z którymi wchodziła w ten zawód. Czy po przejściu długiej drogi coś z nich zostało?

Właściwie wszystko. Wychowałam się na klasykach i na tym, co proponowali: piszmy o sprawach ważnych, o słabszych. Bierzmy ich w obronę – choćby poprzez to, że staramy się ich zrozumieć. Rozszerzajmy horyzonty, wzbudzajmy empatię. I róbmy to fajnie.

Z niczego się nie wycofuję.

Lidia Ostałowska (1954-2018)


Wywiad ukazał się pierwotnie w nr 1 / 2017 „Non/fiction”.

Więcej informacji na temat całego numeru znajdziecie tutaj.

 

 

0 comments on “Jacy jesteśmy – wywiad z Lidią Ostałowską

Dodaj komentarz

%d bloggers like this: