Bez kategorii

Najpierw natura, potem matura – reportaż Katarzyny Kojzar

ilustracja: Konrad Trzeszczkowski

Na scenie stoi nastolatka w niebieskiej bluzie i śniegowcach. Włosy ma zaplecione w dwa długie warkocze. „Zdiagnozowano u mnie zespół Aspergera. Chodzi w nim mniej więcej o to, że odzywam się tylko wtedy, kiedy uznaję to za konieczne. Teraz właśnie jest ten moment”[1] – mówi, a wśród publiczności sztokholmskiej edycji TEDx słychać stłumiony śmiech. Ona jest śmiertelnie poważna. Nie przerywa wystąpienia. Opowiada, że boi się przyszłości. Tego, że jej dzieci zapytają, dlaczego nikt nie zadziałał, kiedy był na to czas. Dlaczego pozwoliliśmy na wyginięcie tylu gatunków, zaśmiecenie mórz i zdegradowanie przyrody.

To Greta Thunberg, 16-letnia Szwedka, która chce zmienić świat.

A z nią młodzież z wielu zakątków Ziemi.

Piątki dla przyszłości

„Miałam może osiem czy dziewięć lat, kiedy w szkole usłyszałam o kryzysie klimatycznym. Oglądaliśmy filmy i zdjęcia pokazujące plastik w oceanach, ekstremalne zjawiska pogodowe. Te obrazy utknęły w mojej głowie i nie mogłam przestać myśleć, że to wszystko jest tak niewłaściwe. Że przez zbliżającą się katastrofę nic już nie ma sensu. Wpadłam w depresję, nie widziałam sensu życia, skoro i tak wszyscy zginiemy” – wspomina Greta w krótkim filmie dokumentalnym A Future World na portalu Dazed[2].

Trafiła do szpitala, długo leczyła się z depresji. Ale kiedy wróciła do pełni sił, sprawa nieodwracalnych zmian klimatycznych nadal nie dawała jej spokoju. W sierpniu 2018 roku zdecydowała, że nie będzie dłużej siedzieć z założonymi rękami.

To był piątek. Wstała bardzo wcześnie rano, zjadła śniadanie, ugotowała makaron na lunch. Spakowała szkolny plecak, ale nie poszła do szkoły.

Stanęła przed szwedzkim parlamentem z tablicą, na której napisała: „Szkolny strajk dla klimatu”.

Tak zaczęła się akcja „Fridays for future”, czyli „Piątki dla przyszłości”. Greta pojawiała się pod parlamentem co tydzień, rozmawiała z przechodniami, rozdawała ulotki. Było na nich napisane: „Robię to, ponieważ wy, dorośli, macie gdzieś moją przyszłość”. Rodzicom nie spodobał się pomysł strajku szkolnego, ale pierwszego dnia protestu tata Grety poszedł z nią pod parlament. Bał się, że ktoś zrobi jej krzywdę. Tak się nie stało. Wręcz przeciwnie – już po pierwszych informacjach w mediach o nastolatce strajkującej w Sztokholmie, zaczęli do niej dołączać kolejni młodzi ludzie. Ich zdjęcia Greta zamieszczała na Instagramie – na pierwszych widać kilka, potem kilkadziesiąt osób. Z każdym tygodniem grupa się powiększała.

W grudniu na szczycie klimatycznym COP24 w Katowicach Greta mówiła: „Jeśli kilkoro dzieci może trafić na okładki gazet całego świata tylko dlatego, że nie poszło do szkoły, to wyobraźcie sobie, co moglibyśmy osiągnąć razem”.

Trzy miesiące później, 15 marca 2019 roku, w 125 krajach na całym świecie strajkowało ponad 1,5 miliona młodych ludzi.

Dzieci i ryby

W Warszawie na ulice wyszło 10 tysięcy osób. We Wrocławiu i Szczecinie – ponad tysiąc. W Krakowie i Katowicach po kilkaset. Protestował też Olsztyn, Zamość, Toruń, Ełk, Sejny, Białystok.

W sumie w 30 polskich miastach młodzież skandowała: „Najpierw natura, potem matura”,  „Dzieci i ryby swój głos mają”.

– To nam dało poczucie, że mamy siłę. Nie wierzyłam na początku, że uda się aż tak zmobilizować naszych rówieśników do działania – mówi Zuzanna Antoszewska. Ma 17 lat, mieszka w Warszawie. W Młodzieżowym Strajku Klimatycznym (MSK) działa od listopada ubiegłego roku. – Próbowałam rozmawiać o kryzysie klimatycznym ze znajomymi. Zbywali mnie, mówiąc, że przesadzam, że mam nie pleść głupot. Jestem dla nich „ekoświrem”. Rodzice? Nie sprzeciwiali się, kiedy powiedziałam im o strajku. Ale mam wrażenie, że nie rozumieją powagi problemu.

Warszawska kilkunastoosobowa grupa najczęściej spotyka się na Jazdowie. Domki fińskie powstały dla robotników odbudowujących stolicę, dziś służą niszowym kulturalnym i społecznym inicjatywom. W tej apolitycznej przestrzeni młodzi aktywiści czują się bezpiecznie. Na spotkania MSK nie mają wstępu dorośli.  – Raz spotkaliśmy się z przedstawicielką Strajku Kobiet, panią Marią Lempart, która dawała nam rady dotyczące organizowania manifestacji. Mieliśmy też warsztaty z wystąpień publicznych z Michałem Kruszyńskim z Fundacji Nowy Głos. Ale na zebrania, na których omawiamy plany na kolejne protesty, nie przychodzi nikt spoza naszej grupy – tłumaczy Zuzia.

– Na pierwsze spotkanie pojechałam z przyjaciółką. Byłyśmy jedynymi osobami spoza stolicy. Wróciłam do domu z postanowieniem, że zorganizujemy strajk na Śląsku – opowiada Gosia Czachowska, piętnastolatka z Katowic. – Ale protestowałam już wcześniej, w grudniowy piątek w trakcie szczytu klimatycznego COP24. Byłam wolontariuszką organizacji ekologicznej 350.org. Dzięki temu  usłyszałam o Grecie Thunberg i stwierdziłam, że my tutaj też musimy się włączyć. Dlatego razem z innymi uczniami strajkowaliśmy w Międzynarodowym Centrum Kongresowym, tuż przy salach obrad. Nie da się dłużej patrzeć na bezczynność dorosłych.

W Szczecinie jednym z organizatorów pierwszego strajku był 18-letni Marcin Chruśliński. – Wszystko było dość chaotyczne, na ostatnią chwilę. Ale udało się, media później pisały, że przez cały strajk przewinęło się 1,5 tysiąca osób – wspomina.  O tym, żeby zastrajkować, zdecydował, kiedy zobaczył w telewizji nagrania z protestów na świecie. Napisał do warszawskiego MSK z pytaniem, czy ktoś w Szczecinie planuje działać. Bo jeśli nie, to on chętnie się podejmie organizacji strajku. Dostał kontakt do Aleksandry Garbiak, która miała podobny pomysł. – Zdobyliśmy nagłośnienie, mieliśmy prowadzącego. Pikieta trwała trzy godziny. Byliśmy później wykończeni, ale jednocześnie naładowani energią – wspomina Marcin.

„Nie ma Planety B”

Internet zalały zdjęcia transparentów i filmiki z manifestacji. Fotografie młodych ludzi z twarzami pobrudzonymi węglem. „Nie ma Planety B” – niektórzy pisali na plakatach. „Nie podnoście nam temperatury”, „Krzak – tak, węgiel – nie”, „Nasza przysZŁOŚĆ” – z każdą chwilą trwania protestu pojawiały się nowe hasła.

Ale atmosfera na strajku nie była ponura. Nie padały też na nim okrzyki polityczne, nie było słychać podniosłych pieśni. Jedni puszczali z głośników kawałki Whitney Huston, inni Pokolenie zespołu Kombii. Warszawska młodzież, idąc przez centrum miasta pod Ministerstwo Energii, intonowała piosenkę Krzysztofa Krawczyka z czołówki popularnego polskiego serialu:  „Na Wspólnej znajdziemy to miejsce, gdzie miłość, wiara, nadzieja na przyszłość…”[3].

Młodzi aktywiści wybrali dzień, kiedy w szkole odbywały się normalne lekcje. „Nasza przyszłość nie zależy tylko od tego, jacy przykładni będziemy w szkole i ile się w niej dowiemy, ale przede wszystkim od tego, jak będzie wyglądał nasz świat za 40 lat”[4] – tłumaczyli organizatorzy. Inni członkowie MSK podkreślają, że walka o środowisko jest ważniejsza niż zdany test. Powtarzają: szkoła jest o przyszłości, a przecież przyszłości może nie być, jeśli nie zahamujemy zmian klimatu.

Tata kupuje bidon

„Dlaczego nas tam nie było?” – ktoś komentuje na Facebooku zdjęcia ze strajku, oznaczając swoją koleżankę.

„Bo miałam sprawdzian z historii. A historia jest najważniejsza. Nie przekonasz moich rodziców, że «najpierw natura, potem matura»  – odpisuje koleżanka.

W relacjach niektórych uczestników można przeczytać, że o klimat pokłócili się z dorosłymi.

Bo rodzice nie rozumieją, że jedzenie mięsa nie jest najlepszym wyborem. Bo nie wierzą, że jeśli nie zrezygnujemy z węgla, emisja CO2 będzie rosła, powodując coraz większe zmiany klimatu. Bo uznają, że młodzi tylko krzyczą, ale nic za tym nie idzie.

– Znajomi usłyszeli od rodziców, że lepiej by pozbierali śmieci nad rzeką, a nie protestowali. A nam chodzi o zmiany systemowe. Samym sprzątaniem wiele już nie zdziałamy – irytuje się Marcin.

Niektórzy nauczyciele wpisywali nieobecności na lekcjach i nie odwoływali testów. Ale wielu popierało protest. Zaczepiali Marcina przed lekcjami, żeby zapytać o to, ile przyszło ludzi i co będzie się działo następnym razem. Znaleźli się i tacy, co chcieli zorganizować wyjście na strajk, jednak okazało się, że na zgłoszenie takiej wycieczki jest już za późno. Inni wywiesili na szkolnych korytarzach plakaty z informacjami o zmianach klimatu.

– Moja szkoła od początku była przyjaźnie nastawiona do strajku – mówi Zuzia. – Opuszczam jeden dzień w miesiącu, przecież nie stracę przez to zbyt wiele. Umawiam się z nauczycielami, że jeśli będzie trzeba, sama nadrobię materiał.

Marcin bał się, żeby wydarzenie nie zazębiało się z żadnym z egzaminów maturalnych. Kiedy zobaczył terminy, odetchnął z ulgą.

Jego rodzice początkowo powtarzali tylko, żeby nie zaniedbał matury. Ale w trakcie pierwszej manifestacji śledzili informacje w internecie. Kiedy Marcin wrócił z protestu, już wiedzieli, że wszystko się udało. – Powiedzieli, że są ze mnie dumni. Zaczęliśmy w domu rozmawiać o przyszłości planety i o globalnym ociepleniu. Wcześniej temat się pojawiał, ale nie aż tak często. Słuchają tego, co mówię. Tata pod moim wpływem przestał kupować wodę w plastiku i pije z butelki wielorazowej z filtrem – uśmiecha się Marcin.

Na wydarzeniu w wielu miastach pojawiły się grupki dorosłych. W Krakowie do młodych dołączyły „Babcie dla klimatu”, strajkujące „z miłości do wnucząt”.

– Mam szczęście, bo cała moja rodzina dba o środowisko – przyznaje Gosia. – Mama zajmuje się zrównoważonym rozwojem, nie jemy mięsa, segregujemy śmieci, nie wyrzucamy jedzenia. Od dziecka jeździłam do lasu, miałam dobry kontakt z naturą i dlatego potrafię ją docenić.

Podkreśla, że bez rodziców strajk by się nie udał. Zgromadzenie publiczne trzeba było zgłosić w urzędzie miasta – musiała to zrobić osoba pełnoletnia. Mama sama zaproponowała, że pomoże. Przed strajkiem woziła transparenty, podrzucała dzieci na protest. Tata pojechał z Gosią na spotkanie MSK w Berlinie. W maju obydwoje przyszli na manifestację w Katowicach.

– Nie usłyszałam od nich ani słowa krytyki, że opuszczam lekcje. Jeśli któryś nauczyciel wymagał usprawiedliwienia nieobecności z powodu strajku, rodzice mi je pisali – mówi Gosia.

Pamięta, jak cztery lata temu oglądała w telewizji materiał o powodziach. Miała wtedy 11 lat. Jeszcze nie kojarzyła ulewnych deszczy ze zmianami klimatu. Fakty połączyła rok temu, kiedy sama zaczęła szukać informacji. Ogląda filmy o globalnym ociepleniu, czyta artykuły. Sprawdza newsy ekologiczne w „Guardianie”, na portalu Nauka o Klimacie, na stronie Greenpeace. Niektóre z nich wrzuca na Facebooka.

– Szkoła? – Gosia zastanawia się przez chwilę. – Nie przypominam sobie ani jednej lekcji o klimacie.

Klimat pod koniec lekcji

Jednym z najważniejszych postulatów młodzieży są zmiany właśnie w szkole. Chcą, żeby była bardziej ekologiczna. Co to znaczy? Członkowie MSK tłumaczą – brakuje aktualnych informacji o zmianach klimatu w podstawie programowej, szkoła nie promuje prośrodowiskowych postaw. W sklepikach leżą batony z olejem palmowym, a wszystko jest zapakowane w plastik. Mówi się o segregacji śmieci, a na korytarzu próżno szukać osobnych koszy na plastik, papier i szkło.

– Nikt nas nie uczy, jak odpowiedzialnie kupować, nikt nie mówi, z czego zrobione jest jedzenie i jak produkowane są ubrania. A to wszystko ma wpływ na klimat! Nasi rówieśnicy często nie mają o tym pojęcia. To nie jest tak, że młodzi ludzie nie chcą działać, oni po prostu często nie wiedzą, jak bardzo zdegradowane jest środowisko i jakie będą tego skutki. Gdyby szkoła uświadamiała wagę problemu, moglibyśmy wywierać jeszcze większy nacisk – denerwuje się Zuzia.

Wtóruje jej Marcin: – Jeśli mówi się o zmianach klimatu, to na pięć minut przed dzwonkiem, kiedy już nikt nie słucha. O globalnym ociepleniu wspomina się w ramach ciekawostki, kompletnie poza głównym tematem zajęć.

Strajkujący domagają się częstszego poruszania tematu kryzysu klimatycznego przez media i rzetelnych informacji dotyczących produktów w sklepach, bo tylko tak można dokonać odpowiedzialnych wyborów. Żądają przyjęcie raportu IPCC[5] jako podstawy działań politycznych. Międzyrządowy Panel do spraw Zmiany Klimatu przedstawił go w październiku 2018 roku. Wyliczono, że temperatura na Ziemi nie powinna wzrosnąć o więcej niż 1,5 stopna Celsjusza względem epoki przedindustrialnej, gdyż przekroczenie tego progu może doprowadzić do nieodwracalnych zmian w biosystemie. Aby ograniczyć ocieplenie, rządy na całym świecie będą musiały wprowadzić ogromne zmiany dotyczące przemysłu, energetyki, transportu, gospodarki odpadami, rolnictwa czy hodowli zwierząt. Na te działania mamy 12 lat[6]. – To jest informacja, której rządzący nie mogą dłużej ignorować – irytuje się Gosia. – Potrzebujemy decyzji na poziomie miasta, regionu, kraju.

Zuzanna, zapytana o najważniejsze zadania dla polskiego rządu w kontekście zmian klimatu, poważnieje i odpowiada bez zastanowienia: – Myślę, że dla Polski zasadnicza będzie zmiana źródeł energii i odejście od paliw kopalnych. Bez tego nie uda nam się ograniczyć emisji CO2.

Marcin zgadza się, że rezygnacja z węgla jest najważniejszym krokiem, jaki powinny poczynić polskie władze. Ale jak podkreśla, nie wierzy, że obecny rząd do tego doprowadzi. – Ostatnio czytałem, że Polska jest jednym z nielicznych krajów w Europie, gdzie emisja dwutlenku węgla wzrosła. Przerażające.

Fałszywa nadzieja

Greta Thunberg tym razem występuje w brytyjskim parlamencie: „W roku 2030 będę miała 26 lat. Moja młodsza siostra Beata będzie miała 23 lata. (…). To wspaniały wiek, powiedziano nam. Kiedy masz przed sobą całe życie. Ale nie jestem pewna, czy to będzie dla nas takie wspaniałe. Miałam szczęście urodzić się w czasie i miejscu, w którym wszyscy mówili, żebyśmy marzyli o wielkich rzeczach. (…) Mieliśmy wszystko, czego moglibyśmy sobie życzyć, a zaraz możemy nie mieć nic. Teraz prawdopodobnie już nie mamy przyszłości. (…) Kłamaliście. Daliście nam fałszywą nadzieję. (…) W 2030 roku, za 10 lat, 252 dni i 10 godzin od teraz uruchomimy reakcję łańcuchową, która będzie poza ludzką kontrolą i która najprawdopodobniej doprowadzi do końca cywilizacji, jaką znamy”[7].

– Mam żal do poprzednich pokoleń. – Zuzia zawiesza na chwilę głos. – Nie do moich rodziców za to, że jeździli samochodem. Ale do rządów i firm, które wiedziały, że szkodzą środowisku. I nic z tym nie zrobiły.

Zuzia katastrofę ekologiczną wyobraża sobie jako wojnę, podczas której ludzie tracą poczucie bezpieczeństwa. – Europa będzie przeludniona, bo przyjadą do nas mieszkańcy innych kontynentów, tak gorących, że nie będzie się dało na nich żyć. Zacznie brakować żywności, ludzie będą umierać na nowe choroby i na udary słoneczne. Moje pokolenie i to, które właśnie się rodzi, straci szanse na rozwój. Będzie tylko walka o przetrwanie.

Marcinowi katastrofa kojarzy się z ekstremalnymi wahaniami pogody. Z suszami, pożarami i powodziami. – Mam świadomość, że jeśli poziom morza się podniesie, Szczecin będzie jedną z pierwszych miejscowości w Polsce, która zatonie. Kocham to miasto, więc ta wizja mnie przeraża. Czy jestem zły na starsze pokolenia? Nie. Bardziej mam żal do tych, którzy nie chcą nas słuchać. Ignorują naukowców, którzy mówią o potencjalnych zagrożeniach.

Nie wie jeszcze, jak ułoży się jego życie, ale już teraz uważa, że zakładanie dużej rodziny w kontekście globalnego ocieplenia nie jest odpowiedzialne. – Jest nas na Ziemi za dużo. A każdy kolejny człowiek będzie produkował kolejne śmieci.

Zuzia nie chce myśleć o swojej przyszłej rodzinie w tej sposób. – Zastanawiając się, czy należy mieć dzieci, od razu stajemy na stanowisku, że nic się nie zmieni i będziemy musieli robić wszystko, żeby ograniczyć populację. A mnie chodzi o to, żeby nie musieć mieć takich dylematów.

– Pamiętam, że kiedy dotarło do mnie, jakie skutki niosą za sobą zmiany klimatu, popłakałam się. Czułam się, jakbym dostała pięścią w twarz – wspomina Gosia. – Nie przeraziło mnie nawet przewidywanie, ile zwierząt wyginie i jakie rośliny stracimy. Wydaje mi się, że Ziemia już miała wiele wzlotów i upadków. Przecież były kiedyś dinozaury, potem wyginęły, ale to dało początek nowemu światu. Jeśli ten scenariusz się powtórzy, powstaną nowe gatunki, Ziemia się podniesie. Ale przeraża mnie to, że my jako ludzkość upadniemy, nie będzie nas w tym nowym świecie. I zrobimy to sobie sami.

Na razie nic nie planuje. Nie jest jeszcze pewna, kim chce zostać i gdzie pracować. Mówi, że ma jeszcze czas na decyzję. Ale na pewno nie porzuci walki o środowisko.

Tak jak Marcin, który nie planuje zrezygnować z aktywizmu. Chciałby dostać się na grafikę projektową. Jednocześnie pragnie pozostać społecznikiem, mówić o zmianach klimatu, działać w prośrodowiskowych organizacjach. – Ale trudno planować przyszłość, jeśli nie ma pewności, czy nasz gatunek za kilkadziesiąt lat nie wyginie.

Zuzia chciałaby pójść na biotechnologię. – Ciągnie mnie w stronę nauk ścisłych i przyrody. Dlaczego nie ochrona środowiska? To będzie zawsze dla mnie ważny temat, ale mam nadzieję, że do tej pory coś się zacznie zmieniać, zostaną podjęte decyzje, dzięki którym będziemy mogli być spokojniejsi o naszą przyszłość. Jestem, mimo wszystko, optymistką.

Podziękowania od ministra

Po marcowym strajku ponad 200 naukowców podpisało list, w którym wsparło młodych aktywistów. Piszą w nim: „Mamy nadzieję, że osoby odpowiedzialne za podejmowanie decyzji, nawet jeśli nie słyszą lub nie chcą słyszeć tego, co mówi świat nauki, nie przejdą obojętnie wobec krzyku rozpaczy i bezradności młodych ludzi, którzy widzą, że ich przyszłość jest zagrożona”.

Czy rzeczywiście rządzący usłyszeli?

– Po pierwszym proteście dostaliśmy podziękowania od ministra środowiska Henryka Kowalczyka – wspomina Marcin. – Ale my nie potrzebujemy podziękowań, tylko konkretów. Tych w liście zabrakło.

Dlatego  dalej będą protestować. W wakacje planują mniejsze wydarzenia: warsztaty, wykłady, pokazy filmowe. Do strajków wrócą we wrześniu. Do tej pory protestowali co miesiąc i chcą tę częstotliwość utrzymać.

20 maja Greta poinformowała w social mediach, że najbliższa manifestacja odbędzie się w 1263 miejscach w 107 krajach.

Dwa miesiące wcześniej została nominowana do Pokojowej Nagrody Nobla.

Tuż przed ogłoszeniem tej informacji napisała na swoim profilu na Facebooku: „[Niektórzy mówią, że] jestem «tylko dzieckiem, a dzieci głosu nie mają». Ale to jest łatwe do naprawienia – po prostu uwierzcie solidnej nauce. Bo gdyby wszyscy zwracali uwagę na alarmy naukowców i fakty, do których nieustannie się odnoszę – nikt nie musiałby słuchać mnie ani żadnego z setek tysięcy dzieci w wieku szkolnym, które strajkują dla klimatu na całym świecie. Wtedy moglibyśmy wrócić do szkoły”.

 

[1] bit.ly/TED_Greta_Thunberg

[2] bit.ly/dazeddigital_Greta_Thunberg

[3] Siedziba ministerstwa znajduje się na skrzyżowaniu ulic Kruczej i Wspólnej. youtu.be/mLZsGPvyjVE?t=280

[4] bit.ly/smoglab_strajk (dostęp 9.07.2019)

[5] Dostępny na stronie www.ipcc.ch/sr15 (dostęp 9.07.2019).

[6] Opracowanie można znaleźć na przykład na portalu Nauka o Klimacie: bit.ly/30ppY3I

[7] Wypowiedź z 23 kwietnia 2019 roku.


Reportaż ukaże się w nr 6 (2/2019) „Non/fiction”.

Wesprzyj niezależne dziennikarstwo – bez reklam, niespieszne i poruszające ważne problemy społeczne. Więcej informacji na temat całego numeru – „ZIEMIA” – znajdziesz tutaj.

0 comments on “Najpierw natura, potem matura – reportaż Katarzyny Kojzar

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *