Wywiad

Zacznijmy zadawać pytania – rozmowa z Adrianą Porowską

Anna Radiukiewicz rozmawia z Adrianą Porowską, dyrektor Kamiliańskiej Misji Pomocy Społecznej. Misja prowadzi Pensjonat Socjalny „Św. Łazarz” w Warszawie, w którym rocznie przebywa około 250 osób. Porowska od 12 lat pomaga bezdomnym jako pracownik socjalny, streetworker1 czy pedagog. Uczestniczy również w pracach Prezydium Warszawskiej Rady Opiekuńczej (Komisji Dialogu Społecznego do spraw Bezdomności) i współprzewodniczy Komisji Ekspertów do spraw Przeciwdziałania Bezdomności przy Rzeczniku Praw Obywatelskich.

Anna Radiukiewicz: Zbliża się zima i jak co roku osoby, które nie mają domu, będą szukały możliwości, żeby się ogrzać. Nie wszystkie znajdą dla siebie miejsce w schroniskach i noclegowniach; niektóre prawdopodobnie zamieszkają np. na klatce schodowej naszego bloku. Jak takim ludziom pomóc?

Adriana Porowska: W Warszawie to prostsza sprawa, ponieważ jest tu sporo organizacji wspierających osoby w kryzysie bezdomności. Spotykając takiego człowieka na ulicy, możemy być w zasadzie przekonani, że nie umrze on z głodu i będzie miał gdzie nocować. Możemy wyciągnąć telefon, sprawdzić w internecie, gdzie jest najbliższa placówka dla osób bezdomnych, i zadzwonić albo tam, albo po straż miejską. Trzeba jednak pamiętać, że choć w noclegowniach poza sezonem zimowym są wolne miejsca, to w schroniskach z całodobowym wsparciem – już niekoniecznie. W najtrudniejszej sytuacji są chore kobiety. Dla nich zazwyczaj brakuje miejsc.

Obawiam się, że nawet jeśli straż miejska przyjedzie, to powie „Proszę opuścić teren” i wcale się tą osobą nie zajmie.

Wiele sytuacji wymaga ode mnie rozmów ze strażnikami miejskimi – to naprawdę są ludzie, którzy często z oddaniem wykonują swoją pracę i przejmują się losem osób bezdomnych. I to od nich słyszę, że na 1000 telefonów z informacją o tym, że gdzieś przebywa osoba bezdomna, 950 z nich wcale nie jest wykonywane z troski o tę osobę. To najczęściej po prostu wyraz obrzydzenia, pogardy i wstrętu w stosunku do bezdomnego człowieka.

Czyli nawet jeśli będziemy chcieli pomóc komuś, kto chwilowo schronił się na klatce schodowej, możemy się spodziewać, że wśród naszych sąsiadów znajdą się tacy, którzy zaraz zażądają wyrzucenia z niej bezdomnego?

Niestety. Kiedy apeluję, żeby przy tych największych mrozach nie wyrzucać ludzi z klatek schodowych czy dworców, bo to jest ratowanie życia, to słyszę, że oni będą brudzić. Wtedy pytam: „No ale nabrudzili?!”. I mówię, że jeśli nabrudzą, to proszę zadzwonić – ja wezmę worki na śmieci, mopa, detergenty i posprzątam. Zresztą proszę się najpierw rozejrzeć wokół, ile jest śmieci porozrzucanych. To bezdomni?

Trzeba zdać sobie sprawę, że wśród bezdomnych są tacy sami ludzie jak wszędzie indziej. Bezdomność to nie jest zestaw specyficznych cech, lecz sytuacja mieszkaniowa. I tylko ona odróżnia ich od reszty społeczeństwa. Dlatego powiedziałabym tak: nie bójmy się podejść do człowieka i zwyczajnie zapytać, czego potrzebuje. A przede wszystkim: uwierzmy w to, co mówi. Przecież bywa tak, że ktoś nocuje na klatce schodowej właśnie dlatego, że w placówce nie było miejsca. Nasza troska i zapytanie, dlaczego pan czy pani tu jest, może być ważnym, podnoszącym na duchu gestem.

Ale to, co pani proponuje, wymaga dokonania rewolucji w myśleniu o bezdomnych i bezdomności. Kiedy myślimy o bezdomnym, od razu w głowie pojawia nam się obraz zaniedbanego, brudnego i śmierdzącego pana z wielką brodą.

To prawda. Co gorsza, jednocześnie pojawia się wyobrażenie, że tacy ludzie właściwie zasługują na to, żeby wygonić ich z klatki schodowej czy autobusu. Często też myślimy, że miejsca dla bezdomnych są, ale to oni nie chcą z nich korzystać – a to nie jest prawda. Tych miejsc jest za mało. Doświadczamy tego w naszym pensjonacie każdej zimy.

W zeszłym roku był moment, kiedy mieliśmy tu prawie 140 osób, czyli o 60 więcej niż przewidzianych miejsc. To była mordęga. Jeszcze tragiczniej wygląda to w przypadku bezdomnych kobiet; w Warszawie jest tylko jedna noclegownia, która przyjmuje kobiety. Jedna! I można w niej przebywać jedynie dwa tygodnie, potem trzeba ją opuścić.

Do tego dochodzi to stereotypowe myślenie, że ktoś nie chciał skorzystać z pomocy placówkowej, bo jest alkoholikiem, czyli wybrał sobie picie alkoholu. To nieprawda, bo jeśli ktoś jest alkoholikiem, to nie oznacza, że wybiera picie. On po prostu nie jest w stanie nie pić.

Ja z kolei często spotykam się z argumentem, że bezdomni po prostu chcą żyć na ulicy.

Kiedy ktoś mi mówi, że zna bezdomnego z wyboru, to ja pytam: „Gdzie? Chętnie pojadę i zobaczę!”. Pracuję w tym 12 lat i nie widziałam jeszcze takiej osoby. Gdyby się tak pochylić nad tym człowiekiem i usłyszeć więcej niż to pierwsze zdanie: „Daj mi spokój i spadaj”, dowiedzieć się, dlaczego on tak do nas mówi, to mogłoby się okazać, że odmawia pomocy, bo przykładowo nie odpowiada ona na jego potrzeby.

Nie ma bezdomności z wyboru – są tylko ludzie, którzy wybrali miejsce, gdzie chcą przeżyć kryzys. Bywają tacy, którzy chcą go przeżyć w altance śmietnikowej, inni w pustostanie, jeszcze inni na klatce schodowej.

Bezdomność to nie jest zestaw specyficznych cech, lecz sytuacja mieszkaniowa. I tylko ona odróżnia ich od reszty społeczeństwa.

Przede wszystkim trzeba sobie uświadomić, że chodzi o to, aby skutecznie pomagać osobom bezdomnym, a nie je przetrzymywać. Wykąpanie i ubranie człowieka zajmuje 15 minut. Wchodzi do łaźni, dostaje ładne ubranie, ktoś strzyże mu włosy – i mamy pięknego dżentelmena. Tylko że to nic nie zmienia. Bo jeśli ktoś od 20 lat jest w sytuacji bezdomności, to ma za sobą jakieś traumatyczne wydarzenia; na pewno spotkał się w tym czasie z różnego rodzaju przemocą, łącznie z przemocą instytucjonalną. Nie ukrywajmy, noclegownie to instytucje totalne z dużym rygorem, któremu trzeba się poddać. Ktoś, kto przed chwilą miał własne mieszkanie, wchodzi do takiej placówki i musi się przyzwyczaić do wszystkiego – nawet do takich prozaicznych rzeczy jak rytm jedzenia. Nie wszyscy dają sobie z tym radę. Potrzeba specjalistycznej pomocy, a nie tylko kąpieli i świeżego ubrania.

Dlaczego jest tak mało miejsc, które oferowałyby taką pomoc?

Bo bardzo trudno taką placówkę zorganizować. Osób chętnych do jej poprowadzenia też jest niewiele. I oczywiście nie ma zgody co do miejsca, w którym mogłaby powstać. Większość pomysłów sprowadza się do wyrzucenia tych ludzi za granice miasta, choć ja nie widzę powodu, żeby to robić. Przecież aby się tam dostać, trzeba jakoś dojechać. Poza tym bezdomny tak jak każdy człowiek może obawiać się odludnych terenów. Jeśli byłaby to zorganizowana pomoc i noclegownia z XXI wieku, to nikt by się jej nie bał.

Czyli problemem jest nie tylko to, że nie potrafimy pomagać bezdomnym, lecz także to, że nie chcemy tego robić?

Na pewno dużo chętniej pomagamy potrzebującym dzieciom. Tylko chyba nie do końca mamy świadomość tego, że z tych małych dzieci, które zazwyczaj nas wzruszają i są pokazywane w reklamach, wyrastają duże, pozbawione miłości i poczucia własnej wartości osoby; a one też wymagają wsparcia. Czasami bywa tak, że ktoś z nas tu w pensjonacie pierwszy raz mówi 60-letniemu facetowi, że jest fantastycznym człowiekiem i na pewno jeszcze mnóstwo w jego życiu zmieni się na dobre.

Zimą na drzwiach do klatek pojawiają się dwa ogłoszenia: „Otwórzmy okna od piwnic, żeby weszły koty” i „Zamknijmy drzwi, bo krążą bezdomni”. Dużo więcej sentymentu mamy do kotów czy psów niż do ludzi. Takie postawy są przekazywane dzieciom, a okrucieństwo dzieci jest często odzwierciedleniem tego, co cichutko mówimy przy stole w domu. Tak oficjalnie to jesteśmy correct i dajemy panu na ulicy dwa złote, ale nieoficjalnie mówimy, że to brudny śmierdziel i żeby lepiej trzymał się z daleka. Wychowujemy ludzi, którzy idą do kościółka elegancko ubrani, ale tak naprawdę chętnie kopnęliby tego bezdomnego, który siedzi przed bramą, i zepchnęli go z widoku, bo psuje im krajobraz.

Z tego, co pani mówi, wynika, że to przede wszystkim my sami jesteśmy odpowiedzialni za to, jak dziś traktowane są osoby w kryzysie bezdomności i na jaką pomoc mogą liczyć.

Ta pomoc spoczywa na barkach organizacji pozarządowych. Mało który samorząd wywiązuje się z obowiązku opieki nad bezdomnymi. Tak naprawdę w przepisach nie ma zobowiązania, że gmina powinna wybudować łaźnię czy ogrzewalnię albo ją sfinansować. Władza lokalna próbuje pozbyć się problemu ludzi bezdomnych, ubogich lub niesamodzielnych, a on oczywiście sam z siebie nie znika.

Jeszcze większy problem zaczyna się, kiedy chodzi o pomoc specjalistyczną – schroniskową. Wtedy w grę wchodzą zupełnie inne pieniądze i przepisy, a gminy się przepychają: „Czy pan z Krakowa może być w schronisku dla osób bezdomnych w Warszawie?”. Człowiek ma konstytucyjne prawo do przemieszczania się po kraju, a tu okazuje się, że ustawy regulują to tak, że jednak nie ma takich możliwości. I jeśli pracownik socjalny gminy się uprze, to nikt nic nie poradzi.

My jako organizacja pozarządowa na szczęście mamy większą swobodę działania. Właściwie każda potrzebująca osoba, która zapuka do naszych drzwi, otrzymuje pomoc.

Jakub Wilczek z Ogólnopolskiej Federacji na rzecz Rozwiązywania Problemu Bezdomności napisał ostatnio, że bezdomność stanowi „symbol i odzwierciedlenie problemów w realizacji funkcji opiekuńczej państwa i samorządu”2.

Tak naprawdę to powinniśmy dbać o to, żeby człowiek, którego spotykamy na klatce, nigdy nie został eksmitowany. Ale tym musiałyby się zajmować odpowiednie służby, które reagują już w sytuacji, kiedy ktoś np. przestaje płacić czynsz. Wtedy powinny zbadać przyczyny; może w rodzinie ktoś zachorował albo stracił pracę, więc to tylko chwilowa trudność. To może spotkać każdego z nas. Mogę powiedzieć o swojej mamie, która ciężko zachorowała i była wyłączona z życia zawodowego. Gdyby nie nasza pomoc, miałaby problem z opłaceniem mieszkania. Wyobraźmy sobie jednak, że człowiek nie ma rodziny. Nawet jeśli wyzdrowieje, to dług zostaje. I co z tego, że wróci do pracy i będzie zarabiał najniższą krajową? Jak niby spłaci to zadłużenie, które powstało przez dwa lata choroby i rekonwalescencji?

Kiedy człowiek ma do wyboru zakup leków i opłacenie czynszu – to jest dramat. Wiadomo, że trzeba najpierw ratować swoje życie, żeby potem móc ratować całą resztę. W takich sytuacjach ludzie popadają w pułapkę szybkich kredytów, które nierzadko są przeznaczane właśnie na bieżące utrzymanie. A później nie potrafią sami z tego wyjść. Dlatego potrzebne jest też wsparcie ze strony doradców, którzy wytłumaczą szkodliwość takich kredytów czy innych dziwnych umów na internet wciskanych na staruszkom niemającym komputera. Tak samo jest ze smartfonami dla dzieci. Rodzice bardzo często się zadłużają. Może się komuś wydawać, że to błahe, trywialne, ale wykluczenie dzieciaków to też bardzo ważny problem. One czują się bardzo źle, a rodzice to widzą i starają się im uchylić nieba. Takie błędne decyzje doprowadzają do sytuacji, w której ludzie stają w obliczu wyroku eksmisyjnego.

To wymagałoby zdecydowanego rozwoju usług świadczonych w ramach pomocy społecznej, szczególnie tych prewencyjnych, podczas gdy z tego, co pani mówi, wynika, że nie są realizowane nawet te podstawowe obowiązki.

Ta sytuacja zmieni się wyłącznie wtedy, gdy będzie napór społeczny. Każdy z nas może przecież wyciągnąć telefon i zadzwonić do lokalnego ośrodka pomocy społecznej, wójta, burmistrza, prezydenta miasta czy innej jednostki zajmującej się bezdomnymi i zapytać, co ona robi na rzecz osób bezdomnych. Nic tak nie boli jak liczba telefonów, które są wykonane do urzędnika. A jeśli będzie ich dużo, to władze może wreszcie podejmą decyzję, że potrzeba więcej streetworkerów niż jeden na trzy dzielnice!

Dobrze też, jeśli będą powstawać kolejne artykuły – odsłaniające prawdziwą twarz bezdomności, mówiące o problemach tych ludzi, szukające odpowiedzi na to, dlaczego oni są na klatce schodowej, dlaczego ktoś śmierdzący siedzi w autobusie i nie ma gdzie się umyć. Jednak najważniejszą rzeczą, którą możemy zrobić, to dopilnować, by do władzy dochodzili ludzie mający pojęcie o tym, co się dzieje dookoła – o polityce społecznej i mieszkaniowej, o pomaganiu, o wspieraniu ludzi. Powinniśmy być świadomi, że niepomaganie bardzo dużo kosztuje. Jeśli coś ma się zmienić, politycy muszą sobie zdać sprawę z tego, że społeczeństwo się obudziło, otworzyło oczy i zauważyło potrzebę nie tylko równego chodnika czy ścieżek rowerowych – a właśnie takie rzeczy są zgłaszane do budżetu partycypacyjnego.

W karierze budżetu partycypacyjnego w Warszawie pojawiły się dwa projekty budowy łaźni z myślą o ubogich i bezdomnych czy po prostu o tych, którzy nie mają w mieszkaniach łazienek.

Ale nie przeszły! Zostały zablokowane przez radnych. Niestety radni czy burmistrzowie nie widzą żadnego zysku dla siebie w pomaganiu bezdomnym czy innym wykluczonym. Jeśli zbudują żłobek, przedszkole, orlik czy basen, wyremontują drogę oraz zrobią ścieżki rowerowe – wtedy wiedzą, że przybędzie im głosów. Pomoc dla osób bezdomnych jest postrzegana jednak jako zło konieczne.

Rozmawiamy o sytuacji w dużych miastach, a jak ona wygląda w miasteczkach i na wsiach?

Gdybym spotkała tam osobę bezdomną, to nie mam zielonego pojęcia, co bym zrobiła. Kiedyś zresztą zapytałam burmistrz Szczytna, co miasto robi z osobami bezdomnymi przebywającymi na dworcu PKS. Okazuje się, że nic. Nie ma tam łaźni ani żadnej przestrzeni, w której można się spokojnie przebrać – nie mówiąc już o noclegowni czy ogrzewalni.

To tworzy dwa obozy. Tych, którzy są niejako skazani na siedzenie w tym miejscu, bo nie ma dla nich placówek, oraz tych, którzy mają bilet i nie widzą powodu, dlaczego „te brudne i śmierdzące dziady” też tam są. I obydwie strony źle się z tym czują. To jest wina władz gminy; ustawa o pomocy społecznej mówi wprost, że to gmina odpowiada za pomoc osobom przebywającym na jej terenie.

Dlatego powtórzę: pokażmy, że interesujemy się drugim człowiekiem, i nie nazywajmy go bezdomnym, nie odbierajmy mu tożsamości. Nazwijmy go po prostu człowiekiem.


1 Streetworker – pracownik socjalny działający w środowisku przebywania osób zmarginalizowanych, np. bezdomnych, uzależnionych.

2 J. Wilczek, Wstęp. O potrzebie zmiany systemu przeciwdziałania bezdomności, w: Programy mieszkaniowe w przeciwdziałaniu bezdomności – dobre praktyki i refleksja systemowa, J. Wilczek (red.), Biuro Rzecznika Praw Obywatelskich 2017, s. 7.


Wywiad ukazał się pierwotnie w nr 2 / 2017 „Non/fiction”.

Wesprzyjcie niezależne dziennikarstwo – bez reklam, niespieszne i piszące o ważnych problemach społecznych. Więcej informacji na temat całego numeru – „DOM” – znajdziecie tutaj.

Zamów drugi numer!

1 comment on “Zacznijmy zadawać pytania – rozmowa z Adrianą Porowską

  1. Cieszę się, że w końcu znalazłam jakiś artykuł, który opiera się nie na liczbach i wyobrażeniach ale na doświadczeniach, kogoś kto faktycznie się tym zajmuje. Sama często się zastanawiałam jakie są przyczyny takich sytuacji i czy faktycznie można jakoś pomóc. Z zewnątrz, kiedy nie ma się wglądu w sytuację konkretnej jednostki i patrzy się na zjawisko – a nie na człowieka, wszystko wydaje się płytsze i łatwo wpaść w pułapkę najwygodniejszych wyjaśnień.
    Dzięki za udostępnienie online! Mam nadzieję, że będzie więcej takich wywiadów!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *