Bez kategorii

Wyobraź sobie świat, w którym nikt nic nie robi – wywiad z Anną Alboth

Ilustracja przedstawiające Annę Alboth. Szkic wykonany został przez Maję Sołtysik. Całość wykonana jest ołówkiem. Głowa Anny jest lekko obrócona, ale wzrok spoczywa bezpośrednio na osobie patrzącej na portret.
ilustracja: Maja Sołtysik

Anna Alboth – dziennikarka i aktywistka, zajmuje się głównie tematyką mniejszości i migracji, publikuje w mediach polskich i zagranicznych. Zorganizowany przez nią Marsz dla Aleppo w 2017 r. był nominowany do Pokojowej Nagrody Nobla. Obecnie pracuje dla organizacji pozarządowej Minority Rights Group (MRG) jako koordynatorka projektu medialnego Media, Minorities, Migration. Z mężem prowadzi bloga „Family Without Borders”, który dwukrotnie znalazł się w pierwszej dziesiątce najbardziej wpływowych blogów w Polsce oraz otrzymał nagrodę „National Geographic Traveller” za najlepszy blog podróżniczy w roku 2011. 

Anna MikulskaRatowanie świata brzmi jak banał?

Anna Alboth: Ja się z tym nie zgadzam. Mamy coraz większe możliwości wpływania na rzeczywistość, a wraz z nimi rośnie odpowiedzialność za świat. Możemy i powinniśmy robić coraz więcej. 

Reporterzy i korespondenci wojenni często ryzykują życie, opisując konflikty i sytuacje związane z łamaniem praw człowieka. Wracają, piszą teksty, po czym zazwyczaj nic się nie zmienia. To samo dotyczy działań aktywistów. Sama poprowadziłaś Marsz dla Aleppo, przez dziewięć miesięcy razem z grupą ludzi przeszłaś z Niemiec do Syrii, żeby zwrócić uwagę świata na tę wojnę. Mijają kolejne lata, a konflikt nadal trwa. Nie zniechęca cię to?

Jasne, że jedna akcja czy materiał dziennikarski nie zmienią sytuacji, chociaż też nie zawsze tak jest. Ja raczej patrzę na to w kategoriach: co by było, gdyby nikt nie podejmował żadnych akcji pomocowych ani takich, które zwiększają zainteresowanie tematem? Łatwo wpaść w narrację, że skoro nie możemy pomóc wszystkim czy nawet znacznej części, to nie pomagajmy wcale. Ale spróbuj wyobrazić sobie świat, w którym nikt nic z danym tematem nie robi. Nasze działania to jakieś cegiełki, które składają się na konkretny efekt.

Zajmując się prawami człowieka, robiłaś różne rzeczy. Z jednej strony organizowałaś pomoc dla uchodźców w Niemczech, z drugiej pisałaś reportaże z krajów takich jak Bahrajn. Co ma większe znaczenie: działanie tu i teraz czy szerzenie informacji?

Nie umiem odpowiedzieć na to pytanie i chyba dlatego od dwudziestu lat jestem w ciągłym rozkroku między jednym a drugim. Akcje pomocowe czy kampanie potrzebują mediów, a one same dostarczają z kolei tematów dziennikarzom. 

Czym jest dla ciebie dziennikarstwo zaangażowane? 

Wiele osób twierdzi, że nie można być dziennikarzem i aktywistą w jednym. Myślę jednak, że każdy dziennikarz, który robi materiał o prawach człowieka, jest aktywistą, bo sam wybiera ważną dla siebie sprawę i to, jak ją opisze. Bierze udział w temacie poprzez nagłaśnianie go. Chłodne newsy dotyczące np. konfliktów zbrojnych są istotne, bo przekazują konkretne informacje, natomiast dziennikarstwo zaangażowane idzie krok dalej. Powinno po pierwsze pokazywać sytuację w szerszym kontekście, czyli nie tylko opisywać, że coś się dzieje, ale próbować wyjaśniać, dlaczego tak jest i jakie są tego konsekwencje w konkretnym miejscu na świecie. Coraz bardziej wierzę też w dziennikarstwo rozwiązań, które nie tylko relacjonuje problem i pogłębia jego zrozumienie, ale też podpowiada możliwe wyjścia albo pokazuje te, które nie działają. To kolejny wymiar zaangażowania.

Oczekujemy od dziennikarzy prostej recepty na zmienianie świata?

Ludzie potrzebują wskazówek. Mogą być poruszeni opisanym tematem, czuć więź z bohaterem, ale trzeba im na końcu powiedzieć, co mogą zrobić. I nie chodzi mi tylko o link do zbiórki na Facebooku, ale o pokazanie różnorodności rozwiązań problemu. Oprócz tego, że czytelnik dowie się o jakiejś sytuacji, powinien znać też jej kontekst, przyczyny. Wiem, że im bardziej sprawa jest skomplikowana, jak np. w przypadku zmian klimatycznych, tym trudniej ją wytłumaczyć, zwłaszcza pisząc tekst, gdy goni nas deadline. Ale dziennikarze są w końcu także po to, żeby wyjaśniać rzeczywistość.

A może dzisiaj to media społecznościowe mogą być skuteczniejsze w podejmowaniu działań niż akcje pomocowe czy media tradycyjne? Chyba nadal nie do końca doceniamy ich siłę w organizowaniu ludzi. Nie brakuje jednak głosów mówiących, że fala protestów, którą obserwujemy w różnych krajach, jest nakręcana przez Facebooka i Twittera. 

Chyba nie da się tak tego wartościować. To różne sposoby działania, ale znaczenie social mediów jest faktycznie bardzo widoczne. Dzięki prywatnym profilom i przekazywaniu historii przez konkretne osoby, zwłaszcza naszych znajomych, rośnie poczucie zaufania do tematu. Czuje się, że jest to informacja bardziej z pierwszej ręki, niż gdyby była publikowana przez agencję prasową. W związku z zalewem informacji nasze współczucie ogólnie spada. Jeżeli dowiadujemy się o czymś, co jest trudne do wyobrażenia, to mniej nas to rusza. Zobacz, jaka jest różnica, kiedy ktoś opisuje ci śmierć jednej osoby, a kiedy słyszysz, że zginęło ich sto. Ta jedna osoba staje się dużo ważniejsza. To prosta psychologia. Poprzez opisanie na Facebooku konkretnego wydarzenia przez znaną nam osobę buduje się most pomiędzy tamtą sytuacją a nami. Dystans do problemu się zmniejsza i chętniej podejmujemy działania. 

Łatwo wpaść w narrację, że skoro nie możemy pomóc wszystkim czy nawet znacznej części, to nie pomagajmy wcale.

Dlaczego uważasz, że to, co się dzieje tysiące kilometrów dalej, powinno nas w ogóle interesować? Ktoś może powiedzieć, że przecież u nas, w Polsce, też nie brakuje problemów. 

Bo trzeba wiedzieć, że wszyscy odczuwamy konsekwencje tego, co dzieje się w różnych miejscach na Ziemi, więc należałoby zrozumieć te zjawiska. Żeby odpowiedzieć sobie, dlaczego kiedyś w końcu zabraknie nam wody albo po co ludzie przybywają do naszego kraju, potrzebne jest głębsze spojrzenie, dzięki któremu możemy też racjonalnie dyskutować. Umówmy się: w szkołach mało mówi się o tym, że nasza obecna sytuacja w Europie wynika z tego, że życie w innych częściach świata przez setki lat było gorsze. Żebyśmy mogli sobie żyć teraz tak, jak chcemy, ludzie w krajach kolonizowanych i postkolonialnych byli i są wykorzystywani, przez co pogłębiają się społeczne nierówności. I nie chodzi mi o wzbudzanie fatalnego poczucia winy, ale o szerszy kontekst. Możemy mówić, że mnóstwo ludzi przybyło do Europy, ale fakty są takie, że w historii świata o wiele więcej z niej gdzieś wyjechało. Do tego zmieniło, często siłą, tamtejszą kulturę i religię. Myślę, że w ogóle powinniśmy odejść od pisania w kategoriach działu krajowego i zagranicznego, a zamiast tego mówić w mediach o kwestiach globalnych, które dotyczą nas wszystkich.

Jesteś koordynatorką projektu medialnego Media, Minorities, Migration, którego celem jest szkolenie i zabieranie w teren dziennikarzy. Co decyduje o wyborze kraju, do którego jedziecie?

Często wybieram miejsca, w których nadal dzieją się ważne rzeczy, ale w mediach już przebrzmiały i wydaje się, że problem zniknął. Przykładowo, obóz uchodźców na Lesbos jest tematem znanym, ale sytuacja zmienia się tam dramatycznie. W porównaniu z tym, co można było przeczytać na ten temat w mediach kilka lat temu, rzeczywistość, którą zastaliśmy, gdy pojechaliśmy tam z dziennikarzami w tym roku, wyglądała jeszcze gorzej, ale prawie nikt już o tym nie pisze. Jeden wyjazd zorganizowaliśmy do Polski, bo zależało mi, żeby pokazać twarz migracji ekonomicznej. Wydaje mi się, że imigracja zarobkowa jest dla europejskich dziennikarzy mniej ważna i panuje przekonanie, że jeśli już się kimś zajmować, to uchodźcami wojennymi. Chciałam też, żeby pokazano dobre twarze migracji, czyli np. start-upy ukraińskie w Polsce. 

W programie mogą brać udział dziennikarze z Bułgarii, Węgier, Słowacji i Polski. Dlaczego wybrałaś akurat te kraje?

Statystyki pokazują, że w tych państwach w Europie materiały na temat migracji i mniejszości etnicznych są na najsłabszym poziomie i jest ich najmniej. Nie chodzi o to, czy są pozytywne, czy negatywne, bo teksty krytyczne wobec migracji, ale pogłębione, też są bardzo istotne. Dlatego przed wyjazdami prowadzimy także dwumiesięczny kurs online, żeby zwrócić dziennikarzom uwagę na pewną wrażliwość, której wymagają trudne tematy, oraz na budowanie narracji i rozpoznawanie fake newsów. Inną kwestią jest to, że redakcje w tych czterech krajach często nie mają pieniędzy na wysyłanie dziennikarzy do Grecji czy Senegalu, a nawet gdyby miały, to uważają inne tematy za ważniejsze. Przy projekcie dużo czasu spędzam też na spotkaniach z redaktorami naczelnymi i wydawcami. W końcu to oni muszą wybrać, czy zdecydują się na publikację danego tekstu, nawet jeśli się „nie będzie klikał”. Nieważne, ilu dziennikarzy zabierzemy ze sobą na wyjazd lub ilu otrzyma od nas granty na własne projekty, ostatecznie wszystko zależy od decyzji redaktorów. 

W takim razie polscy dziennikarze zajmujący się tematyką migracji i praw człowieka na świecie są zależni od współpracy z organizacjami pozarządowymi? 

Robienie takich materiałów obecnie jest rzeczywiście dużo trudniejsze niż kiedyś. Redakcje w Polsce nie opłacą całego wyjazdu za przywiezienie stamtąd jednego reportażu. Ale w dzisiejszych czasach i przy takiej technologii wymagałabym od dziennikarzy trochę więcej kreatywności. Są w stanie przygotować pogłębione materiały z bardzo daleka, np. przy pomocy Skype’a, dzięki któremu można porozmawiać z dziesięcioma osobami w Mori [obóz dla uchodźców na wyspie Lesbos – przyp. red.] czy gdziekolwiek indziej. Można ich poprosić, żeby przełączyli kamerę i przeszli się z tobą po tym obozie. Zdaję sobie sprawę, że to nie jest bycie tam na miejscu i czucie zapachu Mori, ale to zawsze więcej niż skorzystanie z suchej informacji prasowej Reutersa. 

Czy reporter w swojej pracy może pozwolić sobie na emocje?

Każdy podchodzi do tego inaczej, ale moim zdaniem jeżeli osoba, która coś organizuje albo o czymś pisze, jest przejęta tematem i uważa, że jest ważny, to te emocje mogą być zaraźliwe. Wydaje mi się, że nie da się napisać dobrego, mocnego reportażu, jeżeli autora nie porusza dana historia czy temat. W tekście czuć, jeśli to, o czym piszesz, nie jest dla ciebie ważne. A skoro nie jest ważne dla ciebie, to dlaczego miałoby być ważne dla czytelników?

Nie brakuje ci bycia dziennikarką, odkąd zaczęłaś pracę w MRG?

Cały czas się nią czuję, mimo że teraz mało publikuję. Przygotowując wyjazdy, wynajduję tematy i kontakty, czyli wykonuję bardzo dziennikarską robotę. Widzę, że po naszych wyjazdach jakość i ilość materiałów się zmienia. Zestawiam sobie wszystkie artykuły i cieszę się, bo bez naszego projektu to wszystko by się nie ukazało. Gdybym pracowała nadal tylko jako dziennikarka, przywiozłabym z Lesbos jeden reportaż. Dzięki tej pracy takich tekstów powstanie trzydzieści. Czuję, że tak mogę zrobić więcej dobrego. I wiem, że dziś jest to dla mnie dużo ważniejsze.

Reportażysta Stefano Liberti w swojej książce Na południe od Lampedusy. Podróże rozpaczy cytuje słowa usłyszane od pewnego młodego Ghańczyka: „Wy, dziennikarze, przyjeżdżacie tutaj i robicie swoje reportaże, a potem wracacie do swoich wygodnych domów. A czy dla nas to coś zmienia? Wy zyskujecie poklask dzięki waszym artykułom, a my jesteśmy tylko towarem na wystawie waszych słów”. Zgadzasz się z tym?

Dokładnie to staram się mieć z tyłu głowy, gdy pracuję. Bardzo rzadko jest tak, że pisząc artykuł o konkretnym uchodźcy, pomożemy właśnie tej osobie. Oczywiście takie sytuacje się zdarzają, ale nie możemy zakładać, że to reguła. Dlatego jeśli widzimy, że ktoś nie chce ze szczegółami opowiadać o swojej sytuacji, to nie mamy prawa tego wymagać, bo rzeczywiście nie możemy zagwarantować, że jakkolwiek zmienimy jego życie. Ale ludzie zazwyczaj lubią o sobie mówić. Ostatnio podczas projektu jechaliśmy w pociągu z Brześcia do Terespola z uchodźcami z Czeczenii. Byliśmy zaskoczeni, jak bardzo chcieli nam opowiedzieć o tym, przez co przechodzą. Doskonale znali wartość tej rozmowy – jeżeli świat nie dowie się, że oni jadą tym pociągiem po raz pięćdziesiąty z nikłą szansą na przekroczenie granicy, to sytuacja nie ma szans się zmienić. To oczywiście nie znaczy, że po publikacjach ona na pewno się zmieni. Ale przynajmniej jest jakaś nadzieja. 

A co z reporterskim obiektywizmem? Istnieje coś takiego? 

Trzeba pamiętać, że zawsze jedziemy w teren z jakimś wyobrażeniem. Jeśli wybieramy się np. do obozu dla uchodźców, to spodziewamy się, że będą tam biedni ludzie w trudnej sytuacji, i tego właśnie szukamy. A to bardzo ważne, żeby w rozmowie z uchodźcą czy z migrantem nie zakładać, że już wiemy co nam powiedzą. Może się nagle okazać, że akurat ta osoba została w obozie liderem grupy i prowadzi lokalny sklepik. Chodzi o to, żeby swoich bohaterów nie przedstawiać w stereotypowy sposób. Kiedy jedziemy z grupą do Kenii, to odwiedzamy różne miejsca, a nie tylko slumsy, bo nie chcę, żeby dziennikarze pisali, że nic poza biedą tam nie ma. Akurat Nairobi to też centrum świetnych start-upów i warto to pokazać. Jeżeli będziemy pisać o Afryce tylko w kategoriach slumsów, to tak ludzie będą o niej myśleć. To samo tyczy się uchodźców. Dlaczego nie powiedzieć o tym, jak matki w obozach ściągają audiobooki po arabsku i uczą dzieci, żeby nadrobiły braki i poszły do szkoły, kiedy tylko będą mogły? Dziennikarze najczęściej pomijają rzeczy, które nie przystają do ich wyobrażeń. Tak samo jest ze zdjęciami. Jak często widzisz fotografie z trudnych miejsc, które kompletnie łamią narrację, np. dobrze ubraną i zadbaną kobietę w obozie? Raczej rzadko, bo redaktorzy wybiorą takie zdjęcie, które będzie im pasować do ogólnego obrazka. Ale to przecież też jest prawdziwe. 

Czasami jest na odwrót. Żyjemy wyobrażeniem stworzonym przez magazyny podróżnicze o bajecznych miejscach, w których wakacje trwają cały rok i wszyscy są szczęśliwi. 

Tak się dzieje np. z Madagaskarem, który jest ósmym najbiedniejszym krajem na świecie, a w czasopismach przedstawia się go jako raj na Ziemi. Wszyscy pokazują aleje baobabów, których były tysiące, a teraz jest dwieście, bo ludzie wycinają je, żeby rozpalić sobie ognisko i upiec cokolwiek do jedzenia. Kiedyś wróciłam stamtąd i miałam napisać teksty do magazynów, które czekały na zdjęcia z błękitnym niebem i lazurową wodą. Nie mogłam. Stwierdziłam, że jeśli mam opisać prawdę, to taki tekst nie będzie zgodny z oczekiwaniami redakcji. Trzeba dążyć do tego, żeby pokazać każdą ze stron, być przygotowanym, że rzeczywistość może wyglądać zupełnie inaczej. Czy to wśród grup dyskryminowanych na Madagaskarze, czy na plaży na Lesbos, gdzie dopływają codziennie setki ludzi. I tutaj właśnie wrażliwość stawiam ponad wszystko. Dotykamy w końcu najważniejszych tematów świata, prawda?


Wywiad ukaże się w nr 7 (1/2020) „Non/fiction”.

Wesprzyj niezależne dziennikarstwo – bez reklam, niespieszne i poruszające ważne problemy społeczne. Więcej informacji na temat całego numeru – „MEDIA” – znajdziesz tutaj.

Font Resize
Contrast